Artykuły · Fanslask.pl / fanslask.pl

WARSZAWA 11 III 2011

Legia Warszawa – Śląsk 1-2
Skurwysyństwo, bo ponownie zaliczamy mecz w piątek. Dobra, koniec użalania, jedziemy z opisem tego, co się wydarzyło:
Przygotowania
Pociąg specjalny odmówiono nam z uwagi na brak taboru. Połączenie rejsowe była nawet niezłe, ale pod warunkiem, że będzie nas jechać niewielu. Pozostał tabor kołowy. Ale w trakcie jego załatwiania okazało się, że droga do stolicy to istna katastrofa. Tu szczególne podziękowania dla PW z Częstochowy i naszego stałego Czytelnika, „K” z Warszawy. – legionisty. Sprawdzili trasę dokładnie i mieliśmy jej pełny obraz.
Zaczęły się ustalania godziny wyjazdu. Wśród niektórych, których wiedza o organizacji podobnych wypraw jest nikła – wzbudzała ona uśmiech politowania. Jak wyszło w praktyce – o tym za chwilę.
Wiedzieliśmy, że na to spotkanie będzie niesamowite ciśnienie. Nie tylko u nas, lecz także wśród naszych zgód. I nigdy w życiu nie zmieścilibyśmy się w limicie 1400 biletów, gdyby nie… ów feralny piątek.
Szczególne dużą ilość zamówili nasi ziomale z Lublina. Nic dziwnego, dla nich rzeczywistość jest szara, bo „zwiedzają” stadiony minionej epoki. A w najwyższej klasie rozgrywkowej zaczyna się właśnie oddawanie świeżutkich obiektów. Jak ten, na Łazienkowskiej.
Jazda
Ustalono czas wyjazdu na 8:00 i nowe miejsce do tegoż startu – parking pod Koroną, na wylotówce na Warszawę. Udało się wyjechać o 8:25. Niebieskich na trasie przejazdu – jak nasrał. Postojów było niewiele. Tradycyjne świeczki dla Rolika oraz postój w miejscu, które tyle razy mijaliśmy, a do tej pory jakoś nikt nie zauważył, że tuż obok jest muzeum czynu partyzanckiego. Tak na nasze oko – śmierdziało komunistyczną próbą honorowania bandyterki z Gwardii Ludowej. Ale zawsze można wymazać haniebną ideologię i podmienić na właściwą…
Teoretycznie jechaliśmy nieźle, jeśli chodzi o szybkość. Lecz w końcówce etapu wyszło na to, ze rację mieli ci, którzy twierdzili, że Warszawa w piątki jest praktycznie nieprzejezdna.
Gdyby nie psiarnia, która wycieczkę pokierowała trasą omijającą Janki, pewnie ekipa na mecz by nie zdążyła. No i trzeba dodać, że autobusy i samochody stanowiły kolumnę uprzywilejowaną. Kto widział zakorkowaną stolicę, a wcześniej udzielał się w sprawach „zbyt wczesnego startu”, ten może wreszcie przestanie się udzielać w tematach, o których nie ma pojęcia.
- Spełniło się moje marzenie. Ja jadę, Warszawa stoi – ocenił sytuację „M”.
Pierwsza, większa grupa kibiców Śląska przybyła pod wejścia o 17:30, czyli dwie i pół godziny przed meczem.
Wchodzenie skończyło się 5 minut przed rozpoczęciem spotkania. Oczywiście jadąc indywidualnie można było jechać szybciej. Na czas dotarła ekipa, która na samym starcie straciła akumulator i wymiana zajęła im sporo czasu.
Skandal z puchą
Co do jazdy wózkami – wynikł skandal. I to wcale nie mały. Otóż „operatywny” zorganizował piwo. Problem polega na tym, że kupując akurat ten gatunek – zasponsorowaliśmy znienawidzony klub.
Pociągowi
Część towarzystwa postanowiła szukać w Polsce przygód. Plan był niezły, nawet udało się wywieźć w pole tych, którzy mieli zostać wywiezieni. Niestety, w dobie szybko przemieszczanych informacji, grupą zaczęli opiekować się „opiekunowie”. Stąd być może zabawa była mniejsza od spodziewanej. Choć pewna rozmowa przypomniała klimat jeszcze nie tak odległych czasów…
Wejście
Mimo ostrzeżeń, że na Łazienkowskiej nie lubią tego, do czego dążą politycy (czyli alkoholu na trybunach – o tym niedługo na Fanie osobny artykuł), wiele osób pofolgowało sobie w kwestii alko – alko. No i efekt tegoż luźnego podejścia do sprawy, to około 120 osób, które nie weszły na stadion. Między innymi – z tego właśnie powodu.
Samo wchodzenie szło jak krew z nosa. Oprócz ochroniarzy, wokół szwendało się mnóstwo mundurowych, którzy mieliby poważne problemy z pozytywnym przejściem testów psychologicznych na opanowanie. Takie połączenie charakteru typowej kurwy i typowego podwarszawskiego cwaniaczka.
„Postój pod stadionem” dla wielu trwał dobrze ponad dwie godziny. Rekordzista „A” – stał godzin sześć.
Podczas wchodzenia trwały różnego rodzaju zabawy. Biegający po lodzie na pobliskiej sadzawce „B”, gdy znudziło mu się udawać pingwina, został ujęty, pojmany w kajdany i obity. Ale ostatecznie go puszczono – nie znaleziono paragrafu.
Część osób, wiedząc że nie wejdzie, wybijała się „na miasto”. Mimo piętrzonych przed nimi trudności – kilkunastu się to udało.
Cyrki robiono także z weryfikacją flag, które mogą, a które nie mogą się znaleźć na sektorze. Negatywnie zweryfikowano barwę Milicza. Nie spodobała się także „Nabojka”. Ciekawe, co oszołomów w tych flagach zabolało.
Mecz pod stadionem
Grupa „zweryfikowanych negatywnie” była ustawicznie prowokowana, popychana i obijana przez świnie w kaskach. Najbardziej skatowano jednego z kolesi już po meczu. Gdy go obijano, ochrona na górze (by się bractwo nie dowiedziało, że coś się dzieje) odpychała tych, którzy byli na sektorze od barierek.
Opis tego oczami naszego Czytelnika Interista:
„Około 200 naszych nie weszło, wiem, bo byłem wśród tych szczęśliwców. Spędzili nas jak bydło i otoczyli kordonem ZOMO. Powody niewpuszczania były różne, część osób (w tym ja) nie były wpisane na listę i nie było nawet mowy o dopisaniu. Część nie miała dokumentów, a zdecydowana większość nie weszła przez procenty w krwiobiegu. Z tymi procentami było tak, że o ile widziałem kilku ugotowanych, to wielu było zupełnie trzeźwych i nie poddanych sprawdzaniu alkomatem. Każdy widział, jak wyglądało wpuszczanie na stadion, kiedy wydawało się, że nie ma szans na wejście przed rozpoczęciem spotkania, to nagle wszystko przyśpieszyło i kolejka się rozładowała. Problem jednak był taki, że przyśpieszyli ze względu na to, że niektórzy od razu byli kwalifikowani do odstawienia na bok. Dołączyłem do ziomków zamkniętych w kordonie, jako jeden z ostatnich, było trochę dyskusji z dzielnymi stróżami prawa, posiłkującymi się kamerą. Na własne oczy nie widziałem zdarzenia, ale ziomkowie mówili, że został obity przez milicję jeden z fanów Motoru. Nie wiem co się z nim później stało.”.
To z kolei spostrzeżenia jednego z naszych redaktorów:
Nie wszyscy chętni mieli możliwość obejrzenia meczu. Okazało się, że Walter i spółka mają pojebaną ochronę. Henryk Mazurek (może pamiętacie takiego gościa we Wrocławiu) przy nich wysiada.
„Pedały zrobiły pokazówkę, zawinęli pierwsze 150 osób, w tym wielu trzeźwych i szoferów, a potem wpuszczali wszystkich” – pieklił się jeden z kierowców samochodu osobowego. Według ochrony wydmuchał 0,8 promila.  Z kolei „Z”. po wypiciu jednego piwa miał wskazane 2,20 promila. No cyrk na kółkach.
Ochrona skonfiskowała białka i bilety. Tych drugich nie odzyskano, a dowody oddawała policja. Nie wszyscy się załapali i losy ich dowodów są obecnie nieznane. Przykładowo  „MOP”. dopominał się o swój dowód średnio co 15 minut (oddawano je partiami), ale odpowiedź komendanta zabezpieczenia na pytanie „czy może podejść na chwilę, bo jego podwładni twierdzą, że nie mogą rozmawiać bez zgody dowódcy” brzmiała „Nie”. Na pytanie „dlaczego nie?” odpowiedział „Bo nie”. Dziwny typ, widać było, że podwładni się go boją. Podejrzewamy, że jak był mały, to zapaliło mu się łóżeczko i ojciec gasił je łopatą.
Koczowanie pod stadionem trwało bite 5 godzin, na szczęście wynik meczu ostudził emocje zebranych. Większość ludzi była wściekła i domagała się zwrotu biletów. Skoro nie weszli na mecz, to chcą zwrotu pieniędzy od ITI. Ale niestety, bilety nie zostały oddane.
Omen
Stadion podświetlony był z zewnątrz na biało – zielono. Podśmiewaliśmy się, że to dobry znak. Kolejnym takim mistycznym momentem było rozciągnięcie flagi Legii na środku boiska. Trzymano ją tak, że aby była dobra, trzeba by oglądać ją leżąc na murawie. To, co widziała zgromadzona publiczność, stanowiło lustrzane odbicie tego, co chciano pokazać. A że na fladze widniał zarówno herb Legii, jak i godło Warszawy, polewka na sektorze gości była tym większa.
Interpretacja była również jednoznaczna; to dobry znak dla Śląska.
Mecz na boisku
Być może fatalne sędziowanie w poprzednich pojedynkach to nie jest spisek przeciwko Śląskowi, bo tym razem gol dla wrocławian padł po spalonym. Ale w takim razie arbitrzy są nieudolni. Tym razem to nie nasz problem.
Nie naszym problemem jest również to, że uważany za słaby Śląsk goli kolejnych faworytów rozgrywek. Mało tego – to nie są rezultaty przypadkowe, lecz wynikające z niezłej i ładnej dla oka gry.
Jeśli jeszcze ktoś ma pretensje do „dziadka”, to znaczy, że nie chodzi mu o Śląsk, lecz o jakieś własne widzimisię.
Mecz na trybunach
Żyleta – miała być zamknięta, lecz już dojeżdżając do stolicy dowiedzieliśmy się, że w polskim futbolu wszyscy są równi i jest Legia. Oczywiście nie jesteśmy za karami w stylu zamykanie stadionów czy zakazy wyjazdowe, lecz bardzo byśmy chcieli, by takie kary nie spotykały tak Legii, jak i Widzewa.
Przed meczem ustalono, że na pierwszym płocie zawisną flagi Motoru. Jednak ortodoksyjne towarzystwo doszło do wniosku, iż fajnie będą wyglądać dwie bliźniacze barwy. Z pewnych względów.
Oprócz tego na sektorze zawisła flaga Wisły. Specyficzna. Barwy Białej Gwiazdy, a napis „Warszawa”.
Teraz rzecz, która znów pokazała, jak jesteśmy naiwni. Wokół tej flagi kręciły się wrocławskie tajniaki. Myśleliśmy, że oni się chowają w cieniu tej barwy, a oni… przyglądali się akcji, która miała nastąpić.
Otóż w pewnym momencie wpadł na sektor, pod ową flagę, ochroniarz. I ją zerwał oraz błyskawicznie się ewakuował. Oczywiście zaczęły się zamieszki. Poleciał gaz. Spryskano także stojących nad sektorem (a gdzie mieli być?) niepełnosprawnych.
No i trudno, żeby w takiej sytuacji, w której ochroniarze zerwali barwę nie poleciały bluzgi.
Nie doceniliśmy komunistycznych metod szefów Legii. Pomysł szatański. Co jakiś czas puszczano z magnetofonu komunikat. Szyderczy głos pitolił na cały regulator coś o żydach i rasistach. Ciekawe, jak ilość decybeli się ma do kłopotów ze słuchem, jakie mogą nastąpić po kilkunastokrotnym odsłuchaniu tej komunistycznej pogadanki.
Maszyneria do nadawania tego komunikatu jest tak wielka, że z niektórych miejsc ultranowoczesnego stadionu nie widać… jednej z bramek. Bareja by tego nie wymyślił. A walterowcy – wymyślili.
Apel do komendanta
Co do psów na sektorze. Tu apel do komendanta MO: dalibyście normalnego. Ten z dredami pod debilną czapeczką miał wyłapać lepę za „nieprzystosowanie do środowiska”. Dopiero kiedy przygotowujący się do „lepowania” dowiedzieli się, że to nie jest psujący wizerunek Wrocławia kibic, lecz  pracownik służb – dał sobie spokój.
Przecież on prowokuje swym wyglądem. Inteligencja podpowiada, że jego to możecie puszczać do dredziarzy, tam nie będzie „obcy” na pierwszy rzut oka.. Ale czy my nie za dużo wymagamy?
Jedyny plusik dla Legii – sami krzyknęli coś o ochroniarzach. Negatywnie. Jesteście wielcy. Teraz napiszcie na swoich stronach, jak to Legia jest zasadowa.
Powroty
Na pewno jechało się i szybciej i sprawniej niż rano.  Oczywiście kilka aut się pogubiło, a jakże. Lecz dla nich fakt ów, oprócz nadłożonej drogi, nie miał innego znaczenia.
Problem miał miejsce w pobliżu Tomaszowa Mazowieckiego. A konkretnie ma moście, gdzie się pojawiła zdradliwa szklanka. Czy to ona spowodowała, że autobus nie wyhamował i walnął w ciężarówkę, która zahamowała? Pewnie tak. Kilka minut później 100 metrów przed ową kolizją doszło do innej, w której również uczestniczyli fanatycy Śląska. Tym razem pecha miała ekipa z Milicza. Co z tego, że kierowca ich busa wyhamować zdążył, skoro z tyłu dostał takie uderzenie w zderzak, że i przodem wbił się w poprzedzającą ich ciężarówkę.
Na szczęście bardzo poważnych obrażeń nie było. „Autobusowy” pechowiec doznał złamania nogi. Po usztywnieniu pojechał wraz z ekipą do Wrocławia. Na miliczanina, który dostał podgłówkiem w czoło, a który wylądował na pogotowiu, zaczekała jedna fura i odebrała go po jakichś dwóch godzinach. Choć lekarz raczej chciał go przytrzymać na dłużej.
Solista
Niesamowitego farta miał „X”. Ten w pewnym momencie (właśnie podczas postoju pod Tomaszowem) opuścił pojazd, którym podróżował i bez kurtki i dokumentów udał się w dalszą podróż pieszo. Od momentu startu do przejścia pozostało mu zaledwie 180 kilometrów. I po jakieś godzinie perpedesowania nawet już nie machał na przejeżdżające pojazdy. Ale został wypatrzony przez jedną z opóźnionych załóg.  W sześciu w czteroosobowym aucie towarzystwo dotarło do Wrocławia.
Zawisza na widoku
Spokojnie przebiegał powrót „kolejowych”. Choć fakt, że nie uczestniczyli w święcie, bo musieli szybciej się zerwać z sektora. Ale potem było wesoło. Zwłaszcza w Częstochowie, gdzie postój się nadspodziewanie wydłużył. A potem we Wrocławiu wesołe towarzystwo miało kontakt wzrokowy z jadącymi do Wałbrzycha kibicami Zawiszy. Na „widzeniu” się skończyło.
Kwiatki z innej łączki
Nie dotarliśmy do informacji co było powodem, że jedno z aut miało zamiast bocznej szyby – folię.
Ilu nas było?
1357 biletów zostało sprzedanych. W tym 300 poszło do Lublina, 50 do Gdańska, 25 do Krakowa.
20 niedojazdów. 120 osób nie weszło na sektor. Ale pod stadionem było dodatkowych 20 kibiców Motoru oraz około 50 fanów Śląska i 1 z Opavy. Czyli mniej więcej 200 osób. Kilkanaście wyrwało się „w miasto”, gdzie raczyło się trunkami w barach. W jednym wzniecano pieśni Śląska. Miejscowi zamiast obić przybyszów – gratulowali dobrego wyniku.
Na sektor natomiast weszli niepełnosprawni, czyli trzeba doliczyć dodatkowo +8 + kierowca KKN (też sympatyk Śląska).
Sumując: Na sektorze znalazło się mniej więcej: 1357, – 20, – 120, + 8, + 1 = 1226. W tym 300 Motor, 50 Lechia, 25 Wisła. Ponadto 200 osób pod stadionem (w tym 20 Motor, 1 Slezsky Opava).
Jaką przyjąć liczbę oficjalną? My obstajemy za 1226 + 200 pod stadionem.
RZ, Guli, Interista, PP, M, B

Flaga, o którą poszedł dym. Zrabowana przez ochroniarki, po meczu została oddana. Wiedzieli, że nabroili. Następnego dnia dostaliśmy sygnał z Warszawy, że Legia chce by ta barwa została zwrócona. Jakie szlachetne intencje. Też sobie napiszcie, jacy jesteście zasadowi.

PS: Wygrałem pewien zawarty na łamach Fana zakład. Czekam na odzew przegranego.

Roman Zieliński