Trudno powiedzieć, czy głosy o zainteresowaniu tureckiego klubu Marianem Kelemenem to autentyk, czy tylko medialna rozróba, bo menadżer bramkarza potrzebuje świeżego dopływu gotówki.
Może to kolejny dowód na świetną, turecką penetrację polskiego rynku, bo Kelemen jest niewątpliwie bramkarzem dobrym. Jednak trzymanie go na siłę (to znaczy za niebotyczne pieniądze) sensu żadnego nie ma. Jeśli atak na kasę Śląska faktycznie będzie miał miejsce, to będę obstawał za prezesem, jeśli sakiewkę ściśnie bardziej, choć sam prezes mnie śmieszy.
No, przesadziłem, będę nie za prezesem, lecz za kasą Śląska, którą prezes obecnie zawiaduje.
Wydawanie złotówek ponad miarę na pensje piłkarzy to nie mój sposób widzenia futbolu. Gdy kilkanaście lat temu skrytykowałem strukturę budżetów klubów, których lwią część pochłaniają pieniądze trafiające do piłkarzy – obiłem się o ścianę milczenia. „Wariata Zielińskiego znów coś nawiedziło”.
Obecnie w Polsce pojawiło się grono dziennikarzy, którzy widzą potrzebę zatamowania lawiny niepohamowanych żądań grajków.
O kasę klubu
Patrzę sobie na budżety klubów, które wciąż rosną, a końca łatania dziur finansowych nie widać. Bo coraz szerszym strumieniem pieniądze przepływają do kieszeni zawodników. Jednym jeszcze nie wypłacono, następni już chcą podwyżki. Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że podczas meczu po każdym sensownym kopnięciu futbolówki, zawodnicy przeliczają w pamięci stan konta. No… trochę przejaskrawiłem.
Chodzi o wielką kasę…
Obecnie wokół nas, i to nas wszystkich, toczy się batalia o znacznie większe pieniądze. Stadiony (które raczej będą, choć we Wrocławiu opóźnienia już liczy się w miesiącach), lotniska (które na Euro ponoć mają być zmodernizowane w 75 procentach, bo Poznań się nie wywiąże z zobowiązań), drogi (których budowę właśnie zaczęto zwijać), koleje (na których niewiele się dzieje, poza tym, że mamy we Wrocławiu rozgrzebany dworzec główny, a gdy chcemy wypożyczyć speca, to ciągle brakuje taboru) – to tylko jedna część układanki.
Druga jest dużo poważniejsza. To walka o władzę w Polsce. Podczas gdy media karmią nas informacjami o walce PO z PiS, o jakichś mało zrozumiałych przepychankach związanych z przyszłymi emeryturami, tak naprawdę chodzi o to, by ludzie nie mówili o cenach. Tych zwykłych, normalnych cenach. Chleba, soli, czekolady, papierosów, benzyny, ale i butów, pralek, naprawy zamka w drzwiach…
W 1956 roku w Poznaniu, w 1970 w Szczecinie i Trójmieście, w 1976 w Radomiu i Ursusie ludzie wyszli na ulicę z uwagi na podwyżki cen żywności. W 1980 z tego samego powodu – nie wyszli z zakładów pracy i stworzyli Solidarność.
…przez kasę małą
Teraz nad cenami chleba zapadła kurtyna milczenia. A w sklepach „Herta” za chleb, za który jeszcze niedawno trzeba było zapłacić 1,96, teraz płacimy 2,05.
Roman Zieliński