Zagłębie Lubin – Śląsk 0-1
Są tacy, którzy koniecznie chcą nazywać mecze Śląska z Zagłębiem derbami. Takie to derby, jak z kreciej dziury jaskinia, ale niech będzie. W każdym bądź razie mecz dla obu drużyn był pietruszkowy. Kreciki już w lidze zostały, a Śląsk (działacze) robi wiele, by tylko w tych pucharach nie zagrać. Za wygodnie im, a puchary to jedynie kłopoty. Bo się media za bardzo interesują, bo może trzeba będzie myśleć o prawdziwych wzmocnieniach, a jak tu jakieś wzmocnienia załatwić, skoro dyrektor sportowy nie ma bladego pojęcia, czy chłop jest dobry, czy nie, a prezes bardziej niż na piłce zna się na koszykówce.
PrzygotowaniaNajpierw była obawa, czy gospodarze zechcą dać tyle samo wejściówek co ostatnio. Rewelacji nie było, ale i tak 1 000 to dwa razy więcej niż ubiegłoroczne 515. Jakiś postęp jest. Co więcej, w Zagłębiu zastanawiali się, czy nie dać 2 500. No ale mundurowi mieli swoje „ale” i z zajęcia trybuny za bramką wyszły nici. Choć nie do końca, o czym później.
Na mecz zorganizowano pociąg specjalny. Gdyby przed podjęciem decyzji organizator wiedział z jakimi jajami będzie miał do czynienia, to pewnie by się tego nie podjął. Otóż niemal do końca nie było wiadomo jaką trasą pojedziemy. I czy tą samą trasą wrócimy. Normalnie jaja jakoweś. Pod rządami Platformy PKP stacza się na dno. Gdy kilka lat temu dokładny rozkład jazdy dostawało się pięć dni przed odjazdem, to już były zgrzyty, że nie ma jak ludzi poinformować. Teraz szczegóły usługobiorca miał podane na tacy już… 30 godzin przed odjazdem.
WejściówkiBilety stały się towarem bezcennym. 3 i pół godziny starczyło, by zeszły wszystkie. Tłumek pod kasami był niczego sobie i karty wstępu znikły błyskawicznie.
- Teraz to nawet wtorek nie przeszkadza. A do Warszawy na Groclin to schodziły jak krew z nosa – przytomnie zauważył „MS”.
Racja, ale warto zauważyć, że wielu fanatyków Śląska na stadion w Lubinie ma… bliżej niż na Oporowską. Dlatego między innymi szczególne ciśnienie dało się odczuć w kilku fanklubach.
Nasze mądre głowy wymyśliły, by jeździć po bilety do Lubina, lub zamawiać od nich sprzedaż internetową. Niestety, na sektor za bramkę sprzedaż biletów szybko zablokowano.
Jazda
Kolejne kuriozum. Pociąg startował z Nadodrza. Z tego miejsca specem jeszcze nie wyruszaliśmy. Ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Jednak z powrotem pociąg na Nadodrze już nie wracał, tylko na Główny. Zatem opcja „dojadę furą” bardzo się komplikowała.
Dobra, ma to jakieś uzasadnienie. Główny jest remontowany i w godzinach popołudniowych trudno na nim teraz o znalezienie wolnego toru. A w nocy stoi pusty.Mundurowi wytworzyli w nieświadomych ludziach będących w okolicach tegoż dworca poczucie stanu oblężenia. Pełno ich i musieli jechać na sygnałach oczywiście.
Mundurowych od groma, nie umundurowanych też widzieliśmy. Jak w takim wypadku można by się bać czegokolwiek.
Start rozpoczął się od planowego opóźnienia, „bo kolega nie dojechał”. Ciąganie wajchy stało się sportem narodowym. Na szczęście załoga szybko się uwinęła i start nastąpił z ledwie dwudziestominutowym opóźnieniem.
Już na starcie wielkiej wygody nie było, lecz na kolejnych stacjach pociąg był dodatkowo doładowywany. Ale taka jazda to i tak petarda. Kto był, ten wie co autor ma na myśli. A ciekawski kibic Śląska się dopyta.
Bardzo wesoło było w Legnicy, gdzie na powitanie speca zapłonęły race. A czekała tam banda około 300 osób. Kilka fanklubów się dosiadało i fanatycy Miedzi.
Marsz po zwycięstwo
Niestety, koniec podróży (minimalnie późniejszy niż planowano) nastąpił na ichniej stacji. Takiej niby głównej. Marsz na stadion trwał 50 minut. Jakiś mądruś twierdził, że do przejścia jest 2,5 kilometra. Niewielki ten Lubin, a topografii własnej miejscowości mądruś nie zna. Jak chce wam się szukać, to w artykule „Zielony Lubin” mądruś dołożył swój komentarz,. Ze stwierdzeniem, że chodzi o przejście 2,5 kilometrowej trasy. 4 co najmniej.Dla miejscowych taki marsz stanowił nie lada atrakcję. Na niektóre balkony wyległo tyle ludzi, że istniało poważne zagrożenie katastrofą budowlaną.
Mundurowi (a może to i nie oni) wymyślili sposób na wchodzenie: będą puszczać pod bramy grupy po kilkadziesiąt osób. Oczywiście ci, którym jako pierwszym zagradzano drogę po przejściu owych szczęśliwców, zaczynali przepychankę z zatrzymującymi tarczowymi. I za każdym razem dochodziło do szarpanin i „walki na głosy”.
Mecz na boisku
Wyglądało na to, że Zagłębie było bardziej nastawione na grę do przodu. Jak widać trener Urban nie zauważył, że Śląsk wygrywa tylko wówczas, gdy rywal atakuje. No to ten brak uwagi przypłacił przegraną.
Mogła być wyższa, wszak to Śląskowi sędzia nie uznał dwóch goli. Przy pierwszym nie było większych protestów, natomiast przy drugim (znaczy się trzecim), zresztą bardzo ładnym, podobno dopatrzył się zagrania ręką. Może miał rację, ostatecznie nie jest to istotne. Lecz to, iż wszystkie punkty pojechały do Wrocławia.Ślepy gol
Bardzo niewielki odsetek kibiców Śląska widział jedynego gola który został uznany. Padł on akurat w momencie, w którym nad głowami większości wisiała sektorówka. A kilkadziesiąt osób w tym samym czasie szturmowało punkt z kiełbaskami. Mieliśmy tu umieścić zdjęcie zrobione pół minuty przed tym, jak padła bramka, a gdy odbywał się kiełbasiany szturm, lecz fotograf skrewił robotę. Szkoda.
Mecz na trybunachWśród Kretów nastąpiła niesamowita mobilizacja. Nawoływania o pomarańczowość trzeba uznać za normalne. Ale sami nie wiedzieli, czy jesteśmy groźni (chować się przez hordą), czy żałośni (uważali, że są lepsi pod każdym względem, w każdej klasyfikacji biją Śląsk na głowę, a podczas meczu mieli to tylko udowodnić).
Porównując internetową napinkę z rzeczywistością było się z czego pośmiać.
Jak było z dopingiem – pewnie każdy będzie miał na ten temat swoje zdanie, wszakże akustyka lubińskiego stadionu jest świetna – każdy u siebie zagłusza oponentów (to akurat jest komplement dla ichniego obiektu). Z wrocławskiej perspektywy miejscowi zaliczyli werbalną porażkę.
Opraw oceniać nie będziemy. Była po obu stronach barykady, jedni i drudzy odpalili pirotechnikę. Śląsk do tego lubił sobie huknąć. Po kilku „achtungach” sędzia na parę minut przerwał mecz.Miejscowi w doliczonym czasie gry gremialnie opuszczali stadion. Ale ichni ‘przodek’ coś tam próbował jeszcze śpiewać po ostatnim gwizdku. Dobrze, że chociaż po meczu poryczeli, bo w trakcie spotkania trochę zdechli. Tak od 35 minuty pierwszej połowy para z nich zeszła. Z krótkimi przerwami.
Powrót
Zacznijmy od tego, ze wróciliśmy bez kilku osób. Ponoć zawiniętych było pięciu. „F” wyszedł, małolat był poszukiwany (bo z uwagi na mecz nie zgłosił się do ośrodka) a „J” coś tam miał przy sobie z piro. Dwaj ostatni – zatrzymani. Czy faktycznie zatrzymane były jeszcze dwie dodatkowe osoby, tego nie ustaliliśmy.
Powrót na stację to dokładnie taki sam 4-kilometrowy „spacerek”. To już drugi po Warszawie taki marsz w słońcu (na stadion). Niestety, w drugą stronę nas nie podwozili (pod tym względem Warszawa była lepsza). I stąd 40 minut opóźnienia na starcie speca.W Legnicy towarzystwo miało gdzieś to, że w pociągu jest tysiąc osób. Fajki ważniejsze. I tak ktoś zaciągnie zatrzymywacza. Na szczęście załoga pociągu była wyrozumiała, a i znalazło się dwóch takich, którzy przegonili kolejkę spod sklepu nocnego. Do trzeciej nad ranem byśmy stali, bo chętni do zaopatrzenia w piwko, fajeczki, albo coś do pożarcia przybywali ciurkiem.
Generalnie – jazda upłynęła szybko. Jedni śpiewali, inni komentowali rewelacyjne dla Śląska rezultaty w innych meczach.
Powitanie na Kuźnikach było godne powrotu ze zwycięstwa z Ligi Mistrzów.
Od Nowego Dworu trwała jazda na sygnale, bo pewien porywczy fan Śląska dorwał się do pociągowej syreny.
Ilu nas byłoPod stadionem koczowało 89 osób. Na sektorze za bramką wylądowało 28 niepełnosprawnych kibiców Śląska z KKN. Co najmniej kilkadziesiąt osób weszło na stadion bez biletów. Spora gromadka weszła na bilety na sektor gospodarzy. O niedojazdach tym razem nie słyszeliśmy. Zatem pozwolimy sobie podać liczbę 1 100 osób plus te 89 spod bram. W tym około 80 kibiców Miedzi Legnica. Były też kilkuosobowe delegacje z Gdańska i Krakowa – uściślimy te liczby, to je podamy aktualizując ten artykuł.
RZ, KN,
(AKTUALIZACJA) Jedna osoba posiadająca bilet nie dojechała. Problem z koniecznością „rozmów służbowych” w specyficznej instytucji.