Artykuły · Fanslask.pl / fanslask.pl

Czas pożegnań?

Czy Orest Lenczyk zostanie w Śląsku? Jeśli nie, to na dłuższy czas możemy się pożegnać z marzeniami o drużynie, która jest w stanie zrobić coś takiego, co nas olśni.
Jeśli Lenczyk zostanie, to w dającym się przewidzieć czasie trzeba się będzie pożegnać z nieudacznikami zwanymi działaczami.
Powoli dobiega czas pożegnania ze stadionem przy Oporowskiej. Niestety, jacyś „spece od marketingu” (cudzysłów użyty nieprzypadkowo) chcą, żeby to pożegnanie nastąpiło w meczu z Arką.
Dlaczego niestety?
Czyżbyśmy byli przeciwko przeprowadzce na Pilczyce? Nie. Wręcz przeciwnie. Co prawda sentyment do Oporowskiej jest w nas wielki, lecz nasz obecny stadion ma taką wadę, dzięki której przeprowadzka będzie uznana za święto. Oporowska ma fatalną akustykę. Pilczyce podobno mają fantastyczną. A choćby miały średnią, to i tak pod względem nośności dopingu gorzej niż obecnie być nie może. Stąd nasze przekonanie, że przenosiny będą oznaczały wzrost poziomu głośności dopingu o kilka skal.
Jest jednak małe „ale”. A w zasadzie – wcale nie takie małe. Otóż jeśli stanie się tak, jak proponują różne „mądre głowy” (znowu cudzysłów nieprzypadkowy) iż przeprowadzka odbędzie się na obiekt na którym będzie mogło zasiąść 15 000 widzów, bo reszta będzie jeszcze rozgrzebana, to klub straci marketingowo.
Psychologia jednostki w tłumie
Dlaczego przeprowadzka na niewykończony obiekt to strata dla Śląska?
Ano dlatego, że nie będzie tego pierwszego wrażenia pełnego stadionu wśród przypadkowych pikników. Nie będzie tego, co najłatwiej nazwać pozytywnym szokiem.
Już tłumaczę o co chodzi.
Jeśli ludzie przyjdą na niewykończony stadion i zobaczą go wypełnionego w 1/3, to owszem, będzie dla nich jakaś nowość, jednak nie będzie szczególnego zauroczenia. Byłoby, gdyby zobaczyli stadion wypełniony po brzegi.
Skąd to wiem?
Po pierwsze z własnego doświadczenia. Pamiętam swoje przemyślenia i reakcje, gdy po raz pierwszy znalazłem się na zapchanym po brzegi Stadionie Śląskim (mecz z NRD w eliminacjach do mistrzostw świata w 1981 r.), pamiętam wrażenie z wypełnionego Stadionu Olimpijskiego w Rzymie na meczach Lazio (1992). Ale obserwuję reakcje na nowo otwieranych stadionach w Polsce.
To akurat jest do prześledzenia. Proponuję wszystkim zobaczyć, jaki wpływ na ilość publiczności mają oddane obiekty.
Te oddane w całości, czyli Korona Kielce, Cracovia, Arka Gdynia.
Oraz te, oddawane częściowo: Legia Warszawa, Wisła Kraków, Zagłębie Lubin, Miedź Legnica, GKS Bełchatów, Amica Poznań.
Efekt pozytywnego szoku
O ile w pierwszych trzech przypadkach zanotowano znaczy ilościowy skok frekwencji do góry, to na pozostałych obiektach z zapełnieniem stadionu poradzono sobie jedynie w Poznaniu.
Na reszcie obiektów skok frekwencyjny był uzależniony od… stopnia wykończenia obiektu. Tam, gdzie był oddany w 3/4 jeszcze jakoś to wyglądało (Lubin, Legia), tam, gdzie obiekty modernizowano etapami, tam praktycznie liczba widzów ani drgnęła (Bełchatów, Legnica).
Dla nas najprawdopodobniejszy jest wariant Wisły. Owszem, frekwencja się podniosła, lecz bez rewelacji. Teraz jakoś tą połówkę stadionu jest ciężko wiślakom zapełnić.
Mówiąc wprost: jak Śląsk będzie grał mecze na stadionie oddanym w 1/3, to skazujemy się na frekwencje kilkunastotysięczne, nawet po wykończeniu obiektu.
Wejście na stadion w pełni otwarty daje nadzieje, że na pierwszych spotkaniach będą komplety, a to może dać Śląskowi szansę na docelowe podniesienie frekwencji na poziom ponad 20 tysięcy widzów.
Wrocławski komfort
A Śląsk jest w porównaniu z innymi klubami w sytuacji komfortowej. Istnieje  stadion na Oporowskiej, na którym spokojnie można doczekać do chwili, gdy Pilczyce będą gotowe w stu procentach.
Jeśli tego wrocławscy decydenci nie potrafią zrozumieć, to już ich problem. Bo to oni są odpowiedzialni za zapełnienie trybun. I oni będą z tego rozliczani.
Roman Zieliński