Turniej fanklubów w Miliczu ma już swoja tradycję. Tym razem do rozgrywek przystąpiło 10 ekip. Z kronikarskiego obowiązku stwierdzamy, że w finale zespół Wielkiego Śląska pokonał Syców.
Na turnieju było miło, każdy znalazł tam coś dla siebie. Jedni gadali o fanklubowych problemach, inni skupiali się na wypytywaniu co się dzieje na Oporowskiej i jakie są szanse Śląska w przyszłym sezonie.
Nietypowa impreza
Biorąc pod uwagę fakt, że pogoda dopisała jak rzadko (nie za gorąco, nie spadła ani jedna kropla deszczu) trzeba uznać, iż wszystko było normalne. Chłopaki pograli, jak zwykle ktoś zdobył tytuł króla strzelców, inny został okrzyknięty mianem najlepszego bramkarza, wygrani się cieszyli, przegrani doszukiwali się przyczyn porażki. Na koniec zrobiono wspólne zdjęcie i… okazało się że to dopiero początek atrakcji. Po zabawie na boisku przeniesiono się do lasu. A tam miejsce stworzone na ognisko, grill, trunki takie i owakie, a przede wszystkim sceneria.
Lądowanie w raju
Typowym mieszczuchom zdawało się, że wylądowali w krainie idylli. Woda, groble, jezioro, wyspa, dziko łażące konie… żeby to ocenić trzeba to miejsce po prostu zobaczyć. Dopiero w edenie wręczono nagrody i dopiero tam zaczęła się zabawa. Wszystko byłoby jak w bajce, gdyby nie napaść na imprezę. Zabawowicze zostali zaatakowani zmasowanym szturmem miejscowych krwiopijczych bestii. Na nic się zdały posiłki w postaci broni chemicznej. Wygłodniałe komary chciały biesiadników z ogniska zeżreć żywcem. I choć walczący poprzez ciągłe opędzanie się fani Śląska położyli trupem kilka setek czy tez tysięcy bzykaczy, to i tak straty liczone w bąblach są poważne.
RZ
Artykuły · Fanslask.pl / fanslask.pl