Darcie łacha to nasza specjalność. Z kogo się już na naszych łamach nie śmialiśmy… Ale są osoby / kluby / instytucje z których polewkę mamy szczególną. Bo gdy części zdarza się babol, którego nie sposób nie wyśmiać, to jednak są ludźmi normalnymi, dla których błąd jest dziełem przypadku. Są jednak tacy, którzy żyją w błędzie. Już to, że w ogóle żyją jest jednym wielkim błędem. Z tych łacha drzemy obligatoryjnie.
Dziś bierzemy na tapetę oszołoma mniejszego (choć jeśli chodzi o wzrost – jest oszołomem większym). Świetnie wpasowali się w świat Flipa i Flapa. Duży chudy, mniejszy gruby, obaj niezbyt rozgarnięci. Miruś Maciorowski i Artuś Brzozowski, redaktorzy z wrocławskiego dodatku GW.
Dziś zrobimy łacha z Brzozowskiego (tu drobna uwaga: na zdjęciu widać jego kolegę redakcyjnego, Mirusia Maciorowskiego wyekwipowanego w świąteczny gwizdek). Lepiej: sam z siebie tego łacha zrobi. Po prostu, przedrukujemy tekst Arturka. Przeczytajcie po trzech latach jego artykuł i pomyślcie sobie, czy koleżka był wizjonerem, czy raczej… dobra, ocenę zostawiamy Wam:
Artur Brzozowski:
Po co nam ten Drzymała? Sami sobie damy radę. W ten sposób coraz większa grupa piłkarskich działaczy i doradców Rafała Dutkiewicza zniechęca prezydenta Wrocławia do sfinalizowania rozmów z właścicielem piłkarskiego Groclinu.
Co będzie dalej?
W ratuszu krążą opowieści, że miasto na tym biznesie będzie stratne, że Drzymała chce Wrocław wykorzystać. Podobnie zachowuje się część ludzi reprezentujących środowisko piłkarskie. Oni również przekonują, iż żaden Drzymała nie jest nam potrzebny. Zapewniają, że we Wrocławiu mamy wiele osób, które są w stanie poprowadzić piłkarski Śląsk do sukcesów organizacyjnych i sportowych. W efekcie inwestycyjne wejście biznesmena z Grodziska Wielkopolskiego w Śląsk stanęło pod znakiem zapytania.
Sprzymierzeni przeciw Drzymale
Problem w tym, że wszyscy wrocławianie “sprzymierzeni przeciw Drzymale” w zamian nie proponują nic konstruktywnego. Bo zapewnienia w stylu “sami sobie poradzimy” nic nie kosztują. Niestety, nie ma żadnych realnych przesłanek, aby im wierzyć.
Powiedzmy sobie szczerze – od wielu lat w piłkarskim Śląsku nikt nie osiągnął żadnego sukcesu. Śląsk jest przeciętnym zespołem w słabym polskim futbolu klubowym. Zespołem, który ostatnie lata spędził na boiskach III i II ligi, a jego rywalami były takie drużyny, jak: Swornica Czarnowąsy, TOR Dobrzeń Wielki, Kmita Zabierzów czy Pelikan Łowicz. Żeby było śmieszniej, z TOR-em i Kmitą na Oporowskiej Śląsk przegrał. Ostatni prawdziwy sukces wrocławski klub wywalczył ponad 20 lat temu! Wówczas – jeszcze za PRL-u – zdobył Puchar i Superpuchar Polski. Ale wtedy Ryszard Tarasiewicz był piłkarzem, a nie trenerem tego zespołu.
Kultowy słabeusz
Potęga Śląska jest mirażem, złudzeniem. Opowieści o wielkości zespołu z Oporowskiej są mitycznymi bajkami bez pokrycia. Śląsk był mistrzem Polski, ale w historii zdarzyło się to tylko raz, ponad 30 lat temu. Teraz absolutnie nic z tego nie wynika. Szombierki Bytom też kiedyś były mistrzem kraju. I co z tego?
Nie odnosimy sukcesów nie tylko w pierwszoligowych rozgrywkach czy europejskich pucharach z prostej przyczyny – Śląska tam nie ma. Co gorzej, nie potrafimy nawet wyszkolić dobrych, młodych piłkarzy. W ostatnich latach żaden wychowanek z Oporowskiej nie zrobił piłkarskiej furory w kraju, o Europie nie wspominam. I nie przypisujmy sobie wielkiej zasługi w wychowaniu Tomasza Kuszczaka. Bramkarz MU nigdy nie rozegrał oficjalnego meczu w pierwszej drużynie Śląska, a klub opuścił, mając 16 lat. Na dobrego zawodnika wyszkolono go najpierw w Niemczech, później w Anglii. Ostatnimi wybitnymi graczami wychowanymi przez klub z Oporowskiej byli Tarasiewicz, Prusik i Rudy. Inni w ligowym i reprezentacyjnym futbolu nie zrobili kariery.
Od lat kiepsko wygląda polityka transferowa klubu. Sprowadzamy głównie graczy zbliżających się do emerytury, przeciętnych, albo kupujemy ich na ilość – po kilkunastu. We Wrocławiu z lekceważeniem traktuje się Zagłębie Lubin, ale to właśnie od lokalnego rywala wypożycza się ciągle zawodników. Dlaczego w Lubinie są w stanie wypatrzyć i sprowadzić takich graczy, jak: Iwański, Pawłowski, Plizga, Arboleda czy wcześniej Łobodziński? Piłkarzy, którzy grają lub ocierają się o reprezentację Polski. We wrocławskim środowisku mało jest piłkarskich profesjonalistów, dlatego Śląskowi konieczny jest ktoś taki jak Drzymała. Człowiek biznesowego, ale i sportowego sukcesu. Takie są fakty, a z nimi ciężko się polemizuje.
Same wątpliwości
Dziś wszystko jest dla Wrocławia przeszkodą. Fakt, że spółka Drzymały jest dużo wyżej wyceniona od Śląska, że w efekcie trzeba w nowej spółce odkupić od niego akcje. Przeszkodą jest sytuacja, że łączą się dwie spółki i powstały z niej Śląsk może nie być kontynuatorem obecnego. Szkoda, że nie pomyślano o tym pod koniec minionego roku, gdy rozpoczęto rozmowy z Drzymałą. Może trzeba było zaproponować najprostszą wersję: Drzymała wykupuje część akcji istniejącej spółki i wchodzi do niej jako mniejszościowy udziałowiec. A o licencję na grę w I lidze i tak występuje się do PZPN-u przed każdym nowym sezonem. Dziś, gdy umowa miała być finalizowana, wszystko jest niewiadomą.
Ale nie do pomyślenia jest sytuacja, gdy zimą pojawiają się informacje, że właściciel Groclinu ma zostać nowym inwestorem w Śląsku, a część kibiców z założenia odrzuca taki scenariusz, skandując na stadionie hasło: “Wrocław cały bez Drzymały”. W ten sposób wkrótce grupka kibiców narzuci władzom klubu inne kluczowe decyzje. Na przykład zadecyduje, że Śląsk nie przeniesie się na nowym stadion na Maślicach, bo oni dobrze się czują tylko na Oporowskiej.
Czekając na miliony euro
Możemy krytykować Drzymałę, protestować przeciwko jego planom wejścia w Ślask, ale obiektywnie przyznajmy, że to on ze swoim Groclinem osiągnął piłkarskie sukcesy, ale nie my we Wrocławiu. Prezes w ciągu kilku sezonów wywalczył ze swoim Groclinem wicemistrzostwo kraju i dwukrotnie Puchar Polski. W Pucharze rywalizował z Manchesterem City, Herthą Berlin, Bordeaux czy Lens. W malutkim Grodzisku nie osiągnąłby już nic więcej, a ma duże aspiracje. We Wrocławiu chce stworzyć silny Śląsk, który ma walczyć o najwyższe cele w lidze i w europejskich pucharach. Co w tym złego?
Co osiągnęli ci wszyscy działacze, doradcy Dutkiewicza i kibice, którzy starszą Drzymałą? Jakim osiągnięciem mogą się pochwalić?
Przestańmy wreszcie wierzyć, że Śląsk jest wymarzonym obiektem zainteresowań bogatych biznesmenów czy firm, które czekają tylko, aby wpompować w klub miliony euro. Czekamy we Wrocławiu na to od lat. Bez efektu. Nie oszukujmy się, gdyby takie firmy jak LG, Volvo czy Philips chciały zainwestować w Śląsk, już dawno by to zrobiły. Nie zamierzają tego też uczynić miejscowi ludzie sukcesu – jeden z najbogatszych ludzi w Polsce Leszek Czarnecki. Nie uczyniła tego poważna firma Allianz, szukająca w Polsce drużyny, którą mogłaby sponsorować. Jeden z przedstawicieli firmy w oficjalnej wypowiedzi stwierdził, że zdecydowali się wybrać Górnika Zabrze, gdyż od Śląska odstraszyła ich zasiadająca na trybunach grupa rasistów.
Krok od kompromitacji
Dlaczego miasto niedawno przejęło Śląsk? Przede wszystkim chciało uratować klub przed zapaścią. Potwornie zadłużony na miliony złotych, z zagmatwaną strukturą właścicielską Śląsk nie miał szans na znalezienie poważnego inwestora z wizją jego odbudowy. Miasto ma utrzymywać piłkarską drużynę czasowo i szukać inwestorów, którym odsprzeda spółkę. Przecież radni nie będą zarządzać klubem piłkarskim, bo się na tym nie znają. No i właśnie taki inwestor się pojawił. Jeden z nielicznych i najbardziej wiarygodnych w polskim futbolu.
Piłkarski Wrocław patrzy z wyższością na Drzymałę, widząc w nim biznesmena z prowincji, który chce się wkraść do naszego “kultowego” Śląska. A tak naprawdę jest odwrotnie. To my we Wrocławiu jesteśmy piłkarską prowincją, z głęboko ukrytymi sportowymi kompleksami. I czekamy na piłkarskiego Godota, wierząc, że przyjdzie i wyłoży wielkie pieniądze na Śląsk, bo klub na to zasługuje.
Jeśli negocjacje Wrocławia z Drzymałą zakończą się fiaskiem i nie zostanie on inwestorem w Śląsku, miasto skompromituje się. Dużo straci na swojej wiarygodności. Bo to my zaprosiliśmy Drzymałę do piłkarskiego biznesu. Następni inwestorzy raczej szybko się tu nie pojawią i wizja ciągłych pojedynków z Łomżą, Stalą Stalowa Wola czy Turem Turek może okazać się naszym realnym przekleństwem. Przecież z myślą nie tylko o Euro, ale przede wszystkim o silnym Śląsku miasto buduje 44-tysięczny nowy stadion na Maślicach. Tylko ilu widzów się tam wybierze, jeśli nasz kultowy klub za rywali zawsze będzie miał takich samych słabeuszy, jak on sam?
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław
Łacha drze: Roman Zieliński