Mecz Śląska w Zielonej Górze rozegrany jesienią 2003 roku pamiętam dość dobrze. Był dla mnie szczególny, bowiem przed spotkaniem zrobiłem wykład kilku chłopakom o tym, jak się poznaje czy sędzia kręci wałki, czy nie. Tytułem próby „PK” zapytał, co sądzę o arbitrze tego pojedynku.
- Dziś Śląskowi krzywda się nie przytrafi – odpowiedziałem i chwile później było już 1-0 dla naszych orłów. Kiedy zrobiło się 2-0 temat upadł, ale w II połowie spotkania „PK” był bardziej ciekaw moich teorii, bowiem szybko z rezultatu 3-1 dla Śląska zrobiło się 3-3.
Nie powiem, że mojej pewności co do rezultatu nie chwiał upływający czas, lecz stanowczo twierdziłem, ze widzę podstawy do optymizmu, jeśli chodzi o końcowy wynik.
Gdy minęła 90 minuta pojedynku szyderstwa w oczach rozmówcy co prawda nie widziałem, lecz pewne rozbawienie – i owszem. Ale po minucie 90 przyszła 91 i kolejne. Arbiter meczu nie kończył, ale za to zdążył pokazać czerwoną kartkę piłkarzowi gospodarzy i pokazać karnego dla WKS-u. No i ostatecznie Śląsk zwyciężył 4-3, objął pozycję lidera naszej grupy III ligi, a my na stadionie w Zielonej Górze zrobiliśmy mały show.
Od tego momentu „PK” nie kwestionuje mojej wiedzy na temat sposobu prowadzenia spotkań przez arbitrów, ani moich ocen wystawianych sędziom.
Nie pierwszy i nie ostatni
Mecz w Zielonej Górze jest jednym z wielu o których wiem, że jednym z lepszych zawodników jednej z drużyn był sędzia. Kilka miesięcy później osobiście złożyłem gratulacje arbitrowi, który miał zaszczyt odgwizdać zwycięstwo Polonii Słubice nad Śląskiem. Pogratulowałem mu. Powiedziałem, że był najlepszym graczem miejscowych, trochę się zdenerwował.
Rola arbitra w meczu Arka – Śląsk jesienią 2002 też była istotna przy ustalaniu końcowego rezultatu pojedynku (1-0 dla Arki). Z kolei w 1. lidze jadąc do Olsztyna nieźle popiliśmy w autobusie. Opijaliśmy zwycięstwo… jadąc na mecz. Nie wszyscy chcieli wierzyć, że wygramy, lecz rezultat nie pozostawił złudzeń co do prawdziwości moich… powiedzmy, że podejrzeń.
O tym, że forma sportowa czasem jest zupełnie nieistotnym czynnikiem wpływającym na wynik pojedynku wiem od dawna. Już w „Pamiętniku kibica” (książka napisana w 1993 roku) czy też „Lidze Chuliganów” (1996) – skleroza, a nie chce mi się szukać odpowiednich akapitów – opisywałem pewien wyjazd do Mielca. Chodzący do dziś na mecze Śląska „J” nie wierzył mi, że padnie remis. A gdy Stal zdobyła gola z rzutu karnego kilka minut przed końcem pojedynku (powiedziałem, że egzekutor nie okaże się skuteczny – pomyłka) „J” wręcz tryumfował. Wierzył, naiwniak, że futbol jest czysty.
Następna akcja udowodniła mu, że nie jest.
Pan Grzegorz
Jak to było kiedy drużyna koszykarzy Grzegorza Schetyny grała w finale play off z faworyzowana Mazowszanką Pruszków, tego nie wiem. Ale chyba nie było przypadkiem, że właśnie wówczas zaczęto się dobierać do pruszkowskiej mafii. Zatrzymano jej domniemanego herszta. W kuluarach dyskutowano o wyjątkowo długich łapkach Grzesia, ale kuluarowe dyskusje mają jedną wadę. Są anonimowe.
Ostatecznie zespół z Pruszkowa przegrał.
Natomiast parę lat później, w roku 2003 Grześ już nie pitolił głupot o „pytaniu, czy Wrocławiowi jest potrzebna pierwsza liga piłki nożnej”. Wówczas już wiedział, że koszykówka to tylko taka tam dyscyplinka, w której nawet największe sukcesy sportowe nie powodują że można na niej zarobić „prawdziwe pieniądze”. Bo Grześ bardzo interesowny jest.
I wówczas zdarzyła się rzecz niepojęta. Grześ zainteresował się Śląskiem, lecącym właśnie z kretesem do III ligi.
Twój nowy partner
Dotychczas Śląsk był finansowany przez tak zwany partner Klub. Idea kapitalna. Kilkudziesięciu przedsiębiorców z Wrocławia oddawało część swoich zysków na działalność klubową. Niestety, władze lokalne na całą ta inicjatywę patrzyły bykiem, bo panowie nie byli związani ze środowiskiem PO. Ba, nawet zablokowano możliwość (rękoma p.o. prezydenta miasta Stanisława Huskowskiego) budowę nowego stadionu w miejscu, gdzie dziś stoi Aquapark. :Ludzie z partner klubu powoli się zniechęcali.
Co zrobił Grześ?
Oczywiście nie on. Zawsze jest „nie on”. Szypuła Tomasz to zrobił. Zaprosił cały skład Partner Klubu oprócz… jego założyciela. To co Schetyna powiedział, można streścić w jednym zdaniu:
- Teraz mi możecie płacić na futbol.
Jak działał Grześ?
Normalnie. Wówczas wszyscy kupowali mecze hurtem. Przed rozgrywkami 2003/04 kibice Zagłębia Sosnowiec rozmawiając z nami stwierdzili jasno, że „poprzedni rok, w którym do II ligi wszedł Piast Gliwice nauczył ich tyle, że teraz „te sprawy” będą pilnowane od pierwszej do ostatniej kolejki. I życzyli nam, wrocławianom, byśmy grali w barażach. Dali do zrozumienia, że pierwsze miejsce jest już zaklepane.
Potem Zagłębie faktycznie wygrywało wszystko. Często strzelając decydujące gole w 90. minutach, albo z kontrowersyjnych karnych.
Śląsk musiał się przystosować. Ale był mały problem. Dariusz Pszczołowski nie za bardzo potrafił sobie poradzić (albo nie chciał sobie poradzić) z otaczającą go rzeczywistością. Grześ musiał myśleć, stąd rotacja na miejscu szefa klubu (czasem – prezesa, kierownika – jak zwał, tak zwał). Pszczołowski zniknął, potem znów się pojawił. Ostatecznie Śląsk zagrał w barażu, jak to prorokowali sosnowiczanie.
Dziwne rzeczy, panie dziejku
Słowa „jeśli chcesz zarobić prawdziwe pieniądze, idź do polityki’ przypisywane są naszemu bohaterowi. Zatem nie wiadomo jak oceniać postępowanie Grzesia w czasie spotkań barażowych. Schetyna podczas rewanżu rozgrywanego w Gdyni siedział w Warszawie gdzie pilnował wyborów sekretarza Platformy Obywatelskiej. Śląsk został przez Arkę ograny za 31 tysięcy złotych, jakie wziął sędzia, a Grześ wolał nie widzieć jawnego wałka. Bo co prawda robienie prawdziwych pieniędzy jest istotne, lecz wchodzenie w drogę tym, którzy już je mają (a z Arką kojarzony jest Ryszard Krauze) może się okazać niebezpieczne.
Śmiech na podwórku
Smrodzik wokół meczu w Zielonej Górze unosi się od dłuższego czasu. Teraz chyba wypłynęło coś więcej, bo dzisiejsza (10 września 2010) „Gazeta Wrocławska” zaczyna opisywać coś o kulisach tegoż pojedynku. Jednak mnie najbardziej ubawiło zdanie stwierdzające, że „Schetyna o całym procederze nie musiał wiedzieć”.
Jest malutki problem. Tylko idiota nie wie co się dzieje na jego podwórku, zwłaszcza jeśli jest jego królem. Innymi słowy „Wrocławska” uważa Grzesia za…
Roman Zieliński
Na zdjęciu dwaj bardzo interesowni panowie. Grzegorz Schetyna, do niedawna jeden z cichych bohaterów afery hazardowej (z prawej) i Andrzej Rusko, szef Ekstraklasy S. A. Do niedawna szef wrocławskiej Sparty, którą przemianował na Atlas. Fot. www.wroclawianie.info