Artykuły · Fanslask.pl / fanslask.pl

JAK ROZWALIĆ SZKOLENIE?

Niektórzy już zacierają ręce: teraz będzie bajzel. Zieliński napisze co ma do Tarasiewicza, zacznie się jazda…
No to mam przykrą wiadomość. Dopóki Tarasiewicz będzie się zachowywał w porządku, żadnej jazdy z mojej strony nie będzie. Jego przewiny wobec nas przemilczę, bo szukanie kolejnych wrogów do niczego potrzebne mi nie jest. W interesie moim i naszym.
Coś jednak powiem
Natomiast zabiorę głos w sprawie, o którą nikt mnie nie podejrzewa. Nie twierdzę z cała stanowczością, że postępowanie trenera na odcinku opisanym poniżej było błędem, lecz odnoszę takie właśnie wrażenie. Co więcej nie potrafię znaleźć usprawiedliwienia dla działań Tarasiewicza. Gorzej: nie potrafię znaleźć usprawiedliwień dla jego zmienników, Lubosza i Żurka. Ostatnim, który w tej materii postępował inaczej, był Grzegorz Kowalski. Stracił posadę jesienią 2004 roku po klopsie z TOR-em Dobrzeń Wielki.
Regulamin produkcji sympatyków
Zacznę od przynudzania. Każdy klub piłkarski grający powyżej klasy B jest zobowiązany utrzymywać ileś tam drużyn juniorów. Im klub gra w wyższej klasie rozgrywkowej, tym tych zespołów musi być więcej. Taki jest wymóg PZPN-u. Choć przepis zalatuje komuną, nie ma nic wspólnego z liberalizmem gospodarczym, to jest to zapis słuszny. Kluby MUSZĄ szkolić dzieciaki, te w naturalny sposób interesują się futbolem i własnym klubem. Zatem praca z dziećmi to produkcja sympatyków klubu w perspektywie kilkunastu – kilkudziesięciu lat.
Chłopak pogania za piłką, pogra w trampkarzach (młodzikach, juniorach) i potem, na stare lata będzie opowiadał heroiczne opowieści jaki to był dobry, ale kostka pękła… Jednak o klubie będzie coś wiedział, a i pójście na mecz nie będzie mu obce.
Po co szkolenie?
Teraz następny etap wtajemniczenia. Można, oczywiście, całe to szkolenie dzieciaków uważać za zbędny balast. Był nawet moment, w którym kluby zaczęły się stawiać PZPN-owi w związku z tymi wymogami.
Rozumowanie jest proste: nakłady, jakie trzeba ponieść w związku z utrzymaniem przez ileś tam lat chłopaka są spore. Najpierw orlik, potem młodzik, trampkarz, junior młodszy, junior starszy… w każdej kategorii po dwa lata… wydatki, wydatki, wydatki. Z punktu widzenia klubów – przedsiębiorstw nastawionych na natychmiastowy zysk – operacja zupełnie zbędna. Po co to komu?
Jak zarobić?
Jest jednakże element, który może pozwolić pogodzić oba światy. Wystarczy, że jeden małolat z rocznika „wypali” na tyle, by można go było wypromować i by go sprzedać. Wówczas cała operacja wychowywania własnych piłkarzy zaczyna mieć sens nawet dla szefów – „biznesmenów”. A jeśli wypali takim talentem jak – dajmy na to – Lewandowski, to dla klubu mniej zamożnego jednym transferem można zrobić budżet na parę lat…
Skąd pretensje do Tarasia?
Właśnie na tym etapie w Śląsku pojawia się problem. Z jednej strony – instytucjonalny, bo formalnie szkolenie młodzieży i klub ligowy to dwa nieco odrębne byty. Tu władza Tarasia nie sięgała. Ale mógł choć spróbować tak zadziałać, by juniorzy starsi czuli jakąkolwiek nadzieję na to, że przynajmniej najlepsi z nich będą mieli kiedykolwiek szansę na grę w pierwszym składzie Śląska.
Jak to działa?
Schemat jest prosty. W obecnym układzie około dwudziestki chłopaków gra sobie w zespole 17-18 latków. Każdy z nich ma marzenia, lecz podświadomie doskonale wiedzą, że w prawdziwym Śląsku, to nie zagrają nigdy. Jaka jest ich motywacja do gry? W zasadzie – żadna. Kilka tygodni temu widziałem jak juniorzy starsi szykowali się do wyjazdu na mecz do Oławy. Za winklem u co niektórych – papierosik. Po co nie używać życia, skoro i tak wszystko co ich może spotkać, to najwyżej gra w Motobi Kąty Wrocławskie?
Co powinien zrobić Taraś? Nie tylko Taraś zresztą. To powinni robić wszyscy trenerzy pierwszych drużyn. A zaprosić raz na jakiś czas wyróżniającego się małolata na trening z pierwszym składem. A dać jakiemuś juniorowi półroczną szansę. Ale nie taką, w której smak murawy pozna tylko na treningach i w gierkach wewnątrzklubowych.
Może ten małolat okaże się cienki, ale on ma jeszcze kolegów. A ci najpierw by popękali z zazdrości, gdyby widzieli, ze ich koleżka wszedł na ostatnie pięć minut w normalnym meczu ligowym. A potem część z nich by zapieprzała na treningach o kilka – kilkanaście procent ambitniej.
Tutaj dygresja – przypomnienie. Mirosław Pękala zadebiutował w Śląsku w meczu ze Stalą Mielec mając 16 lat. Tak, wiem – stare dzieje. Z obecnych działaczy klubowych nikt o tym fakcie nawet nie wie.
Taraś szansy nie dał nikomu
O ile jeszcze w czasach trzeciej ligi jakieś młode gęby w Śląsku się pojawiały, to jednak w sporej mierze było to zaspokojenie wymogów regulaminowych. W III lidze musiało grać przynajmniej dwóch zawodników młodzieżowych, czyli takich, którzy nie ukończyli 21 roku życia. Stąd dwa pewniaki – Janukiewicz i Małecki.
Jednak już w lidze II takiego wymogu nie było. I powiedzmy sobie szczerze. Poza Tadkiem Sochą w zasadzie młodzież wielkiej szansy nie dostała. A jeśli się już pojawili, to byli traktowani jak piąte koło u wozu.
Pytanie:
Jakie zatem bodźce dostają gracze z zespołu juniorów starszych? Żadnych. No to będą sobie trenować od papieroska do papieroska, od imprezki do imprezki, bo ich sportowe życie to mecz juniorów. Mecz, którym interesują się tylko sami zawodnicy i ich rodziny. Bo koledzy, to co najwyżej chodzą na Śląsk. To znaczy – ten ligowy.
Roman Zieliński