Mecz Śląska z Zagłębiem Lubin będzie pojedynkiem bardzo długo wspominanym przez sympatyków piłki kopanej. Jako świetną propagandę piłki nożnej z uwagi na dramaturgię samego pojedynku, na fantastyczne bramki, na tego, co się nazywa magią futbolu, a czego brak znakomitej większości spotkań naszej ligi.
My będziemy przypominać trzy gole osobnika, którego wcześniej uznaliśmy za wyjątkowego nieudacznika a także sytuację z 93 minuty debiutującego w barwach Śląska Markovića. Także gol Stigleca z rzutu wolnego to nie było coś, co się często zdarza na naszych boiskach. Załamanie farta Putnockyego to też coś, co zwróciło naszą uwagę. Oby się nie okazało, że Despacito odpali, a w tym czasie Putnocky zacznie grać jak w Amice…
Wielu zapamięta z tego meczu, że z powodu tragicznego wypadku jeden z nas już nigdy nie dotrze na stadion. A wielu z powodu zatrzymania komunikacji miejskiej, co było efektem śmiertelnego wypadku, spóźniło się na rozpoczęcie pojedynku.
Jeszcze inni będą wspominać latające stroboskopy. Latały między sektorami X (dla gości) i C. Jak widać w sektorze dla „dziadków” znaleźli się tacy, którzy „robili zwroty” krecikom z ich świecących przesyłek.
Jest też faktem, że wreszcie Śląsk zrobił coś, co się nie udawało od bardzo dawna. Otóż ostatnimi laty niemal zawsze, gdy frekwencja we Wrocławiu wyraźnie wzrastała, to Śląsk musiał dostać łomot na boisku. Tak było z Wisłą (jesień jesień 2011) i później z Legią, ponownie z Legią w finale PP, z Sewillą… Teraz dwa mecze o wyraźnie podwyższonej publice z Pogonią i Zagłębiem i dwa remisy.
Idą zmiany?
Roman Zieliński, fot. P.Lipnicki slasknet.com
zajrzyj na sklepkibol.pl
</section>