Za oknami wiosna. Na szczęście, bo jeszcze parę dni temu mieliśmy atak zimy. Gdyby się przedłużył, to frekwencja na meczu Śląska z Zagłębiem Sosnowiec stałaby pod znakiem zapytania. To znaczy i tak stoi, gdyż w naszym przypadku hulający po trybunach wiatr stanowi normę i tylko wielkość owej pustki jest zmienna, ale mimo wszystko lepiej mieć około 5 tysięcy ludzi na trybunach, niż 1 500 jak to było na ostatnich meczach zimą ubiegłego roku.
Choć to początek rozgrywek po ligowej przerwie, co zawsze wzmaga zainteresowanie, ale szału nie będzie – to chyba wiemy wszyscy. Tym bardziej, że fanatycy Zagłębia Sosnowiec mają oficjalny, wydany przez Komisję Ligi zakaz pokazywania się na Pilczycach.
O życie?
Sportowo zarówno Śląsk jak i Zagłębie marzą o jednym. Uratowaniu się przed spadkiem. O ile dla Śląska zadanie to zdaje się być realne, to w przypadku sosnowiczan byłaby to zakrawa na cud. A do tego cudu koniecznie jest im potrzebne… zwycięstwo we Wrocławiu. Co z kolei byłoby małym gwoździkiem do trumny Śląska.
Śląsk po raz pierwszy w meczu o stawkę wystąpi pod okiem nowego, czeskiego trenera Vitezslava Lavicki. Od niego będzie zależało, czy na murawę wybiegnie któryś nowych zawodników: Hołownia, Mączyński czy Bambo.
Mecz aktualnie 14 i 16 drużyny w tabeli rozpocznie się w sobotę 9 lutego o godzinie 15:30.
AP, fot.sportowezaglebie.pl
</section>