Oby nie, ale wcale byśmy się nie zdziwili, gdyby przegrany 0-2 mecz w Krakowie z Cracovią był ostatnim spotkaniem Płachety w barwach Śląska. Nie po to wynegocjował łatwe warunki odejścia, by ich nie wykorzystać, a propozycji na bank będzie całe mnóstwo.
Ale w pojedynku z Cracovią Śląsk jakby nie był sobą. Ostatnio zaczynał mecze z bardzo wysokim kryciem i agresywnym podejściem do rywali. W meczu z Cracovią tego zabrakło. Co było tego powodem – pewnie się nigdy nie dowiemy. Nie wiadomo, jaki wpływ na słabą postawę wrocławian miał fakt konieczności szybkiej zmiany Chrapka na Łabojkę, ale mógł być spory, bo Łabojko robił dużo prostych błędów.
Pierwsza połowa w wykonaniu Śląska wyglądała bardzo słabo, na szczęście gracze Pasów popełniali sporo błędów indywidualnych, dzięki czemu Śląsk miał kilka pozycji, ale i tak nie miało to żadnego przełożenia na sytuacje dla WKS-u.
Jeśli ktoś miał nadzieję, ze w przerwie się coś zmieni, to tym bardziej musiał się czuć rozczarowany. Bo jeśli się zmieniło, to na gorsze.
Cracovia była lepsza, ale załatwieni zostaliśmy przez rzuty rożne, po których stracone zostały obie bramki. Przyglądaliśmy się „ponownemu debiutowi” Musondy. Zmiennik Picha (od 65 minuty) miał biegać, to biegał, ale generalnie niczego nie wniósł do drużyny.
Generalnie był to chyba najsłabszy mecz Śląska w sezonie. Nikt z Wrocławia go nie oglądał na żywo, bo wciąż obowiązuje zakaz wyjazdowy, a i KKN się na ten pojedynek nie wyprawił. Miejscowym nie spodobał się arbiter, czemu dali głośny wyraz. Poza tym na trybunach nie działo się nic szczególnego.
Porażka spowodowała, że zamiast na pozycji wicelidera przezimujemy poza podium.
AP, BK, RZ, F-M,
zajrzyj na sklepkibol.pl
</section>