Okres powyborczy powoduje u części polityków jakieś dziwne rozprężenie pozwalające przypuszczać, że są osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Już w połowie lat 90-tych odsłonił się Piotr Nowina-Konopka, który w bardzo jeszcze siermiężnym wyborczym studio w TVP otwarcie, jak idiota, stwierdził coś w stylu „teraz jest po wyborach, więc ustalenia i obietnice są nieważne”.
Opcja niemiecka
PO postanowiła już bez maski pokazać, że ich mocodawcy znajdują się w Berlinie. Idiotka o różanym imieniu stwierdziła, że słowa Merkel są jak 10 przykazań, ale to można uznać ze brednie półgłówka. Jednak wyciekło, że PO chce federalizacji Polski…
To znaczy, że województwo Dolnośląskie miałoby być odrębną częścią kraju, tak jak pozostałych 15 województw. Interesujące jest to, że taki scenariusz napisano dla Polski w Berlinie tuż po zjednoczeniu Niemiec. Oficjalnie zostało powiedziane w czasie odchodzenia ze stołka Ministra Spraw Zagranicznych Hansa Dietricha Genschera. Najgłośniej o tym mówił poseł do Bundestagu Hartmut Koschyk, który w 1991 roku ogłosił rozpoczęcie dyskusji nad regionalizacją Polski według niemieckiego wzoru. Niemal natychmiast w Polsce pojawiły się „naród śląski” i „naród kaszubski”.
Tym samym Platforma przyznała się do realizacji niemieckiej strategii politycznej.
Niby wszyscy wiedzieli, ale niektórzy mieli wątpliwości. Teraz trudno je jeszcze mieć.
Informacja wyciekła za szybko, zatem po ujawnieniu oraz po negatywnych reakcjach na ów projekt, teraz trwa energiczne zaprzeczanie platformersów, że taki program mieli ogłosić.
Opcja żydowska
Co prawda przed samymi wyborami mieliśmy do czynienia z głośnym mówieniem przez PiS, że Polska nie odda ani guzika żadnym żydowskim cwaniakom żądającym od nas pieniędzy. Lecz po wyborach już o żydowskich żądaniach mówić nie trzeba, więc władza nagle w tym temacie zamilkła.
Opcja agenturalna
Mało kto wie, ale w wyborach do europarlamentu startowało ugrupowanie PolskaFairPlay stworzona przez Roberta Gwiadowskiego, który nagle „poczuł pociąg do polityki”. Wieść gminna niesie, że pociąg ten był opłacany przez spółki skarbu państwa, a odwoływał się do tego samego elektoratu, do którego uderzają wolnościowcy od Korwina. PFP wystartowało w 6 okręgach (z 13). Gdy Gwiazdowskiemu mówiono, że nie ma szans na przekroczenie progu wyborczego, ten potwierdzając to spostrzeżenie zadecydował, że „nastąpi rozpoznanie przestrzeni politycznej bojem”. Dostał 74 tysiące głosów, które gdyby dostała Konfederacja (ten sam program wyborczy) to znalazła by się ponad progiem wyborczym.
I co zrobił Gwiazdowski?
Tuż po wyborach ogłosił, że „projekt się nie powiódł i kończy działalność polityczną”.
Kto zyskał na „nagłym przebudzeniu Roberta Gwiazdowskiego”? Przede wszystkim PiS.
Nie zawsze głos oddany na tych, których oznaczamy krzyżykiem, jest głosem na tego, kogo nazwisko widnieje obok.
Roman Zieliński, fot. autor mema NN
</section>