Właściwie wszystko zaczęło się od zadymy na stadionie Ruchu Chorzów w meczu z Górnikiem Wałbrzych 21 czerwca 1989 roku. Ruch w tym meczu jako beniaminek ekstraklasy wygrywając 4-1 przypieczętował zdobycie tytułu mistrza Polski, publika szalała ze szczęścia, ludzie chcieli wybiec na murawę, skończyło się pokazywanymi w telewizji ganiankami.
Na Ruch nałożono karę – konieczność rozegrania 3 kolejnych spotkań, czyli tych w sezonie 1989/90, „u siebie“ ponad 100 kilometrów od Chorzowa. Padło na wrocławski Stadion Olimpijski.
Mecze, jakie Ruchowi PZPN wyznaczył jako te wrocławskie, to były pojedynki z Górnikiem Zabrze, Motorem Lublin i GKS-em Katowice. Zwłaszcza ten drugi mecz odcisnął swoje piętno na wrocławskim światku kibicowskim. To podczas niego powstała zgoda na linii Wrocław – Lublin.
Wcześniej było różnie
Jeśli ktoś myśli, że wcześniej nie działo się nic, to się myli. Pierwsze wizyty fanów Śląska to sam początek lat 80-tych, gdy kibicowsko na wschodzie Polski działo się niewiele. Mecz w 1982 roku, stan wojenny, ludzie do wojska mieli awersję, a Śląsk wszakże był klubem wojskowym. Sporo przepychanek słownych za „zwykłymi oglądaczami“, gdzie w tle była polityka skończyło się po tym, jak to wrocławianie zaczęli krzyczeć „Solidarność“ i inne antykomunistyczne hasła.
Nieco później, gdy ruch kibicowski w Lublinie wykiełkował na dobre, lublinianie mieli pretensje do Śląska. Wracając gdzieś z Wałbrzycha czy Lubina, podczas przesiadki, dostali lekki łomot od ekipy wiecznie szukających wrażeń. Może i łomot nie był zbyt mocny, lecz przede wszystkim sposób „wywabienia na miasto“ się nie spodobał. „Ł“ „wziął ich na picie“.
Po tym incydencie połowa ekipy „od wyciągana na picie“ do Lublina nie była już łaskawa pojechać, ale „S“ i bracia „M“ nie mieli takich oporów. I w Lublinie, na stadionie, miały miejsce przepychanki.
Później nastąpiła przerwa w kontaktach spowodowana spadkiem Motoru do II ligi i przyszedł sławetny mecz z 6 sierpnia sierpnia 1989 roku. Jeszcze idąc na Stadion Olimpijski było tak, że z Ruchem wojna, a z Motorem też stosunki niezbyt poprawne. Ale w trakcie spotkania jakoś tak wyszło, że „M-n“ w jakiś sposób się dogadał z kibicami z Lublina. I tak oto koleżka, który później narobił sporo wałków stał się ze strony wrocławskiej „ojcem“ zgody Śląsk – Motor.
Zamieszanie
Zgoda miała różne etapy. Na przełomie wieków fani z Lublina mieli słuszne pretensje, że sami często wspomagają Śląsk, również na w wyjazdach, tymczasem jak Śląsk się pojawia, to raczej są to alkowycieczki i to głównie tylko do Lublina. Pretensji było więcej. W znakomitej większości – zasadne. Doszło nawet do tego, że po meczu Górnik Łęczna – Śląsk odbyła się ostra rozmowa w lokalu w Lublinie i wymiana argumentów odbyła się także pomiędzy samymi fanami Motoru. Wyszło na to, że wszystko zostaje po staremu, ale i tak niesnanski były. Do tego stopnia, że w marcu 2003 roku delegacja z Lublina przyjechała do Wrocławia zakończyć zgodę, ale tak się złożyło, że nie było… kiedy o tym porozmawiać. Bowiem było to podczas pamiętnego pojedynku Śląsk – Arka Gdynia, przed którym doszło do zadymy na Grabiszyńskiej.
We Wrocławiu zauważono problem, stąd zaczęto znacznie mocniej wspomagać tak wyjazdy Motoru jak i mecze w Lublinie.
Braterstwo
Układy się poprawiły, ekipa „Ł“ uważa zgodę w Lublinie za najsilniejszą. We Wrocławiu taktownie przełknięto likwidację Motoru i grę na licencji Spartakusa Szarowola w 2010 roku, choć taki zabieg we Wrocławiu bolał, gdyż 2 lata wcześniej podobnie chciano zrobić ze Śląskiem i Groclinem. Ale bractwo z Lublina jest we Wrocławiu mile widziane.
Miesiąc temu była 30 rocznica powstania zgody, a w ostatni łykend z tej okazji bawiono się wspólnie we Wrocławiu.
Roman Zieliński, fot. NI-FO zdjęcie z meczu Wisła Kraków – Śląsk z lutego 2019. Ekipa z Lublina lubi ostatnio przyjeżdżać na mecze Śląska w Krakowie z Wisłą. Gremialnie lubią się też pojawić na meczach Śląska w Warszawie. I nie tylko na Legii. Swego czasu postanowili zrobić pociąg specjalny na mecz Śląska na mecz z Polonią (wówczas to jeszcze była Polonia).
</section>