Nie pomogły niemal darmowe bilety. Nie ma usprawiedliwienia, że piątek godzina 18, że zimno jak w norze polarnego misia, że andrzejki. Po takim babolu jaki odwaliły nasze orły w meczu z Wisłą Płock plus takie katastrofy jak na Cracovii, to nawet na meczu przyjaźni, gdy część krzesełek zajęli gdańszczanie, wielkie trybuny wielkiego stadionu wielkiego Śląska we wielkim Wrocławiu świecą wielkimi pustkami.
A drużyna dokłada kolejną cegiełkę do muru obojętności, jaka powoli zaczyna ją otaczać. Mecz z Lechią przegrany 0-2 to może nie katastrofa wizerunkowa, lecz sympatii nie przysporzy na pewno. Choć do przerwy sama gra nie wyglądała źle, bo statystyki Śląsk miał lepsze. Wszystkie. Oprócz jednej. Zdobytych goli.
Lecz co z tego, ze Śląsk trzy razy do przerwy obtłukł poprzeczkę bramki Lechii, że akcje działy się głównie blisko pola karnego gdańszczan, skoro parę kontr, babol Wrąbla, babol Gąski i zrobiło się 0-2.Druga połowa to kopanina. Z kontrami Lechii i czwartą poprzeczką Śląska.
Natomiast na trybunach tylko druga połowa miała swój koloryt. Oprawa, później serpentyniada i trochę piro ubarwiły zimne spotkanie. Trudno mówić o rozgrzaniu, bo pięciominutowa przerwa zawodników raczej nie rozgrzała.
Efekt tej porażki to w praktycznie definitywny koniec marzeń o ósemce. Teraz tylko cud może sprawić, ze będzie inaczej.
red, fot. NI-FO
</section>