O tym, że wszelkie tak zwane międzynarodowe turnieje piłkarskie to jedna wielka polityka kręcąca się wokół niewyobrażalnie wielkiego szmalu wiadomo od kilku dekad. To, co się dzieje obecnie jest tego dowodem namacalnym. Już tylko najgłupsi i najnaiwniejsi wierzą w to, że decyzje o lokalizacji takich imprez jak mistrzostwa Europy czy świata są faktycznie wyborem najlepszej opcji. Gdyby nie Ukrainiec Surkis, a w zasadzie jego łapówki, to ME 2012 nigdy w życiu nie odbyłyby się w Polsce. Rosjanie też dokładnie wiedzą jak się „załatwia” podobne imprezy. To nie przypadek, że na przetarcie zaczęli od najmniej dochodowych zimowych Igrzysk Olimpijskich.
Kolejne MŚ odbędą się w Katarze. Na razie ci co przyjęli kasę, o sorry, ci którzy doszli do wniosku, że MŚ i Katar to najlepsze połączenie, zaczęli się domyślać, że miejsce w którym panują 50-stopniowe upały to nie jest najlepsza lokalizacja do grania w futbol. Coś tam się gada o konieczności klimatyzowania stadionów lub o przeniesieniu terminu turnieju na znośniejszy klimatycznie luty.
Katar jest przynajmniej mały i nie nie trzeba będzie grać spotkań w miejscach oddalonych od siebie o kilka tysięcy kilometrów. No to 4 lata później mamy inne cudo. Gra w Kanadzie, USA i Meksyku jednocześnie. Ciekawe, czy USA to będzie znaczyło również Alaska i Hawaje…
Wcześniej było RPA… Coś a’la „pokojowy Nobel” – nagroda będąca pokazówką dla lewackich idei „anty – apertheid”.
Wracając do turnieju w Rosji. Aż dziw, że Putin nie przeforsował meczów w Sewastopolu lub Symferopolu. Musiały być naprawdę silne naciski z możliwością zmiany organizatora włącznie, gdyby jednak Ruscy chcieli manifestować przynależność Krymu do Rosji poprzez organizowanie tam imprez tej rangi.
Jeśli ktoś myśli, że mecze organizowane w Kaliningradzie to przypadek, to tylko gratulować naiwności.
Krzysztof P, fot. dreamstime.com
Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl