Ktoś mi zarzucił, że nad trenerem Pawłowskim na Fanie jest rozpięty parasol ochronny.
Jest, ale bez przesady.
Jest dlatego, że Tadeusz Pawłowski jest „człowiekiem Śląska”. Dla takich ludzi zawsze jest więcej tolerancji, a przynajmniej w normalnym środowisku – być więcej tolerancji powinno. Komu można pozwalać na więcej? Obcym? A niby za co?
Zatem – za takimi ludźmi, którzy „są stąd” zawsze będziemy. No, chyba, że dowali do pieca. Jak Matysek, jak Mandziejewicz (gdy byli zawodnikami), czy jak Tarasiewicz (już po tym, jak przestał być trenerem Śląska).
Bez przesady
Obecna sytuacja drużyny Śląska w zasadzie dyskwalifikuje Tadeusza Pawłowskiego jako trenera. Pięć kolejnych porażek na własnym boisku zdzierżyć może niewielu. Na szczęście wyjazdy obfitują w nadprogramowe punkty, jednak pięć przegranych w pięciu meczach u siebie to jest element dyskredytujący. Dowód na to, że coś jest nie tak. I nad takim przypadkiem przejść swobodnie nie można, nawet jeśli parasol ochronny jest rozpostarty.
Co jest nie tak?
Paradoksalnie Śląsk nie gra źle. W większości tych przegranych spotkań, a zwłaszcza przegranych u siebie, Śląsk był drużyną lepszą od rywali. Wyłączając spotkania z Legią i Zagłębiem Lubin oraz nie kwalifikującym się do żadnej normalnej statystyki pojedynkiem z Wisłą Płock, do naszych grajków za to, co prezentowali na boisku większych pretensji mieć nie można. Oczywiście – skuteczność na minus. Ale rywale byli zdominowani, gdyby punkty się dostawało za wrażenia artystyczne, to wędrowałyby do Wrocławia.
Ale trener nie gra. Graja zawodnicy. Czy tu jest winny szkoleniowiec?
Jest. Bo szkoleniowiec odpowiada za zespół tak samo, jak kapitan odpowiada za statek. Nieistotne, czy za złymi wynikami stoi źle dobrana taktyka, czy jakiś głupi, indywidualny błąd, winny jest trener. Mógł nie wystawiać gamonia od oddawania piłki przeciwnikom pod własną bramką.Nie wiem, co jest nie tak. Czy nie zagrał element motywacyjny (wiele na to wskazuje), czy jakiś inny, ale efekt jest kiepski. Nie „tragiczny”, jak twierdzą niektórzy, lecz właśnie „kiepski”. Bo nie mamy 10 punktów i nie jesteśmy głównym „faworytem” do spadku, lecz wleczemy się w ogonie klasyfikacji, choć apetyty były większe. Nie bardzo wiadomo na jakiej podstawie je sobie ostrzono, lecz były większe. Gra w paru przegranych meczach udowadnia, że owe apetyty faktycznie miały jakieś podstawy, choć paradoksalnie jeśli się weźmie sposób budowania drużyny oparty na ściąganiu zawodników z niższych klas rozgrywkowych, to oczekiwanie łatwego przedostania się do pierwszej ósemki musi budzić zdziwienie zdrowego rozsądku.
Kiepskie rezultaty wywołują frustrację u żądnych wygranych i splendorów widzów. I racja, widz ma i powinien wymagać. A drużyna oczekiwań nie spełnia, choć swoją grą sama udowadnia, że ma potencjalne możliwości do spełniania tych oczekiwań.
Trener jest od tego, by wyzwalać w zawodnikach wszystkie możliwe pokłady energii, koncentracji, woli walki. W Śląsku pod okiem trenera Pawłowskiego się to nie udaje. Coś szwankuje.
Pozytywy
Czas personalnego zestawu Tadeusz Pawłowski (trener) – Dariusz Sztylka (dyrektor sportowy) pozwolił Śląskowi złapać większy oddech finansowy. Przestawienie polityki personalnej z łapania byle kogo (takie „perełki” się nam przewinęły ostatnimi laty, że szkoda gadać, kasa szła a efektów nie było) na ściąganie graczy z niższych lig. Na szansę gry o puchary się to nie przekładało, ale dzięki temu można było podziękować takim bardzo drogim asom jak Kosecki i mieć za te same pieniądze trzech innych zawodników.
Jak nie mamy kasy na budowę Barcelony ani nawet Legii, to ściganie się z klubami szastającymi pieniędzmi prowadzi donikąd. Branie tańszych i dużo młodszych, a na dodatek Polaków ma sens.
Czego o Pawłowskim nie powiedzieć, to po wielu latach, gdy w Śląsku nie mógł zagrać żaden młody, obecnie tych niestarych grajków wreszcie mamy.
PerspektywyCzas trenera Pawłowskiego chyba się wyczerpał. Przed meczem w Poznaniu raczej nie wyleci. Jeśli w Poznaniu nie będzie jakiejś katastrofy, to pewnie dociągnie do końca rundy. Czyli zmiany najprawdopodobniej będą miały miejsce 1 stycznia. No, chyba, że zespół nagle w trzech ostatnich meczach wyciągnie komplet oczek, ale powiedzmy sobie szczerze – na to się nie zanosi.
Zmiany, zmiany
Od paru dni po Wrocławiu krąży wiadomość, że na Śląsk czai się Schetyna. A jeśli Schetyna, to prezesem zostać miałby po raz kolejny Waśniewski. Takie są przygotowania. Czy się to ziści – decyzja zapadnie po ułożeniu się personalnych przepychanek w Radzie Miasta, a tam wiele się teraz dzieje, bo ludzie od kapusia Rafała D. żrą się z platfusami i nowoczesnymi o stołki. Jak się przestaną gryźć, to zaczną się batalie o niższe funkcje, w tym prezesa Śląska.
Jak się zmieni prezes, to zmieni się koncepcja budowania Śląska. I koncepcja zatrudniania szkoleniowca.
Czy zmiana jest konieczna?Z bólem serca stwierdzam, że tak. Pawłowski nie potrafi zmotywować graczy do szybszego biegania, nie potrafi przekonać do walki jak o życie od pierwszej do ostatniej minuty meczu. Drużynie potrzebny jest wstrząs.
Problem polega na tym, że poza efektem nowej miotły, który może trwać raptem parę spotkań, następca prawdopodobnie wcale od Pawłowskiego lepszy nie będzie. Może nawet gorszy, jak Levy czy Rumak. A istnieje szansa, że po zmianach na szczycie w klubie, powróci stary, „dobry” układ wciskania nam piłkarskiego chłamu za kolosalną kasę (fotka powyżej).
Roman Zieliński, fot. PS, wroclawianie.info
</section>