Na przełomie roku przy okazji nieudolnego pozbywania się ze Śląska trenera Jana Urbana pojawiło się nazwisko Oresta Lenczyka. Jako ewentualnego „zamiennika” dla obecnego szkoleniowca.
Co prawda temat upadł, bowiem Urban jakimś cudem zachował stołek, jednak po pierwsze może się okazać, że szybko znów zaczniemy mówić o konieczności wymiany trenera, a po drugie miłośnicy talentu Oresta nie biorą pod uwagę czynnika takiego jak psychika.
Lenczyk jest doskonałym motywatorem negatywnym, ale właśnie ten „negatywny” jest powodem, dla którego we Wrocławiu to już nie zadziała. Przynajmniej dopóty, dopóki w Śląsku grają jeszcze i odgrywają istotną rolę w zespole zawodnicy, którzy pamiętają poprzednie występy Oresta na Oporowskiej.
Motywowanie negatywne polega na ciągłym deprecjonowaniu zawodnika. „Ty w ogóle potrafisz grać w piłkę?” „Bardziej się nadajesz do szachów”, „Jak ty chcesz strzelić w okienko, skoro do bramki nie potrafisz trafić?”, „Podobno jesteście piłkarzami, za to bierzecie pieniądze”, Słyszałem, że futbol to gra dla inteligentnych ludzi, lecz jak was widzę, to już wiem, że mnie okłamywano”. To są teksty, które mogą motywować na zasadzie „co ten stary pryk pierdzieli, ja mu pokażę”. Na niektórych działa.
Lenczyk nie umie działać inaczej. Co ciekawe – często jest to skuteczne. Jednak po tym, co Lenczyk odwalił sześć lat temu, czyli gdy wypłynęło nagranie z którego wynikało, że w szatni to jeszcze jest dla swoich podopiecznych grzeczny. Natomiast przy tych, którzy piłkarzom płacili Lenczyk o „swoich” zawodnikach mówi… jeszcze gorzej.
Dopóki w drużynie są ci, którzy o sobie słyszeli, że są nieprzydatni, Lenczyk nie ma szans skutecznie poprowadzić drużyny. Dopóki jest Celeban czy Pawelec, powrót Lenczyka jest bezsensowny. Storpedują jego działania, bo pamiętają co o nich nagadał. I nazywali go „panem od WF”, oraz wiedzą, że teraz będzie identycznie.
Taka jest ludzka natura.
Andrzej P, RZ, fot. Przegląd Sportowy
</section>