Malowanie kredkami po asfalcie było świetnym pomysłem na rozładowanie frustracji francuskiego społeczeństwa po atakach terrorystycznych. Tak uważały ichniejsze władze. Kredki za krew niewinnych… Tak pokojowe społeczeństwo nie mogło się zbuntować.
A tymczasem z powodów prozaicznych Francuzi wylegli na ulice. Poszło o pieniądze, a konkretnie o wyciąganie euro z kieszeni Francuzów. I teraz w kraju masonerii i białej flagi na ulice wylegli zwykli, szarzy ludzie obleczeni w żółte kubraczki.
Przeciętnemu Polakowi żółta masa wydaje się sympatyczna, choć powytłukiwane witryny i obrabowane sklepy, spalone auta i tony pobitewnych śmieci na reprezentacyjnych ulicach tej sympatii budować nie powinny.
Jednak każdy z nas czuje, że kubraczki są nastawione anty do francuskich elit, których najważniejszym przedstawicielem jest mały gość o dziwnych upodobaniach erotycznych piastujący urząd Prezydenta Republiki – Emmanuel Macron. Polak Macrona lubić nie może, bo za to co ten synuś swojej małżonki mówił o Polsce i Polakach, za to jakie wysuwał oskarżenia, nad Wisłą i Odrą, nikt normalny gogusia nie trawi.
Kreujący się na drugie wcielenie Napoleona francuski snob mocno ostatnio spuścił z tonu. Dla nas rozróby we Francji to bardzo fajna rzecz, bo obecnie żabojady muszą się sami zajmować swoimi sprawami, a nie wtykać długie nosy w nie swoje interesy. Wraz z buntem żółtych kubraczków na bok odchodzą niebezpieczne dla Polski projekty wspólnego, europejskiego wojska i wspólnej polityki zagranicznej, co wprowadzone oznaczałoby kompletne pozbycie się niezależności narodowej.
Dziś (poniedziałek 10 grudnia 2018) wieczorem Macron ma błagać o łaskę, o pardon, wygłosić orędzie. Ale już wiadomo, że wielki plan przerobienia Europy na modłę makronowego „en Marche” właśnie ostatecznie legł w gruzach.
Roman Zieliński
</section>