Ktoś się spytał, jak redakcja Fana postrzega turniej MŚ od strony sportowej. W podtekście – czy jesteśmy za Polakami.
Nie chce mi się obdzwaniać kolegów, odpowiem za siebie.
W zasadzie zawsze jestem za Polakami i Polską. Nawet jak ta Chinka grała w pingponga na Olimpiadzie jako Polka, to wolałem, żeby wygrywała udawana Polka niż autentyczna chińska Chinka. Choć mierzi mnie i śmieszy to podmienianie. Arabscy ciężarowcy o bułgarskich nazwiskach wzbudzają politowanie, podobnie jak inni przedstawiciela bogatych krajów z nazwiskami z krajów biedniejszych.
Obecna kadra PZPN jest niemal w pełni polska. Brazylijczyk, chociaż faktycznie ma polskie korzenie, jednak był wychowywany nad Amazonką na miejscowego. Lecz nauczył się polskiego i na pewno mu bliżej do Polski niż swego czasu podstarzałemu Nigeryjczykowi Olisadebe, który za pieniądze mógłby zostać Marsjaninem lub przynieść autentyczne papiery potwierdzające, że wykluł się z jajka jako krokodyl.
Chyba najlepiej mój stosunek do wszelkich* konfrontacji wytłumaczyć na przykładzie starcia z Litwinami. Może być to futbolowe starcie sprzed kilku dni w Poznaniu. Mecz bez znaczenia, ale po 4-0 każdy Polak mieszkający na Litwie i tam przez Żmudzinów dyskryminowany, miał niesamowite uczucie wyższości.
I choćby dlatego, nawet gdyby ta kadra składała się z farbowanego krokodyla i stada Ukraińców, powinna wygrać.
Niech litewski cham klęczy, choćby tylko mentalnie, przed polskim panem. Nawet gdyby ten pan Polskę tylko reprezentował.
I niezbyt mi przypada do gustu wizja murzyńskiej radochy jaka teoretycznie może mieć miejsce w najbliższy wtorek.
Roman Zieliński, fot. T.Waszczuk
* Są wyjątki. Nie życzyłbym sobie by Polacy lub osoby reprezentujące Polskę wygrywały w jakichś obciachowych imprezach. Typu konkurs na największego menela, klasyfikacji na kretyna stulecia, najbrzydszej panny młodej świata, śmierdziela wszechczasów i tym podobnych.