O ile jeszcze można było na coś liczyć, a optymiści zawsze na coś liczą, to po meczu w Krakowie z Cracovią teraz zostaje nadzieja tylko w jednym. Cudzie. Nic innego nie może nam pomóc w dostaniu się do pierwszej ósemki.
Śląsk w meczu był słabszy, co udowadniają statystyki, i ostatecznie wtopił. Po kiksie Pawelca, choć to nie on był „ojcem” porażki.
Mogło być inaczej, bo czasem tak jest, że leszczom się powodzi, lecz przy stanie 1-1 po ping-pongu, gdy piłka wpadała do bramki Cracovii, system VAR tym razem nam nie pomógł. Inna sprawa, że z samych kiksów grajków gospodarzy, i to takich przy których bramki powinny padać na zawołanie, to można dość długi filmik o piłkarskich jajach zgrać.
My się przyglądaliśmy Lewandowskiemu. Gdyby nie jedno dośrodkowanie, które należy uznać za całkiem niezłe, reszta to między dramatem a katastrofą.
Innym dramatem było wejście kolejnego naszego ulubieńca, Tarasovsa. Stwierdzenie „Janek chyba chce przegrać”, gdy zobaczyliśmy do przygotowującego się do wejścia na murawę, okazało się, niestety, prorocze.
Mecz jako widowisko wyłącznie sportowe mógł się podobać z jednego powodu. Naprawdę był szybki. Widać, że niska temperatura wymusiła na grajkach obu drużyn szybsze poruszanie się.
Mecz jako widowisko w całości wyglądał fatalnie. Puste trybuny, będące efektem zabaw pirotechnicznych podczas spotkania derbowego, wyglądają żałośnie.
red, fot. NI-FO zdjęcie z meczu Śląsk – Cracovia z sierpnia 2017 we Wrocławiu. Sektor gości.
</section>