Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl

I po Janku

 Można powiedzieć, że JUż po. Nie regulować wielkości czcionki, jest dobra. J(an) U(rban) przestał być trenerem Śląska. To znaczy, znając życie, na papierze i u księgowej jeszcze nim będzie przez kilka miesięcy.
Śląsk postawił na wariant oszczędnościowy, czyli na trenera wrzucił i tak będącego na klubowym garnuszku Tadeusza Pawłowskiego.
Tadek Pawłowski jest autorem największego nieszczęścia Śląska ostatnich lat. Mimo, że mu rozebrano drużynę, miał czelność wywalczyć z osłabionym zespołem nie tylko jedyny raz w historii klubu pozycję w górnej ósemce, to jeszcze zajął miejsce gwarantujące udział w rozgrywkach europejskich. Ówczesny prezes pryszczaty Paweł Żelem doszedł do wniosku, że w takim razie można zespół osłabiać zupełnie, a Pawłowski i tak sobie poradzi. Od tamtego czasu prowadzono politykę wycinania grajków z wysokimi kontraktami niezależnie, czy coś potrafili (jak choćby portugalskie bliźniaki) czy nie. Niestety, na ich miejsce zamiast zawodników własnego chowu ściągano jakieś murzyńskie (Moulughi czy jak mu tam było) czy żydowskie (Gawisz) atrapy zawodników. Najpierw tanie, późnej coraz droższe. I tak oto jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, czyli w miejscu w którym bliżej nam do spadku niż do sukcesów i splendorów.
Czy Tadek Pawłowski to dobry wybór?
Zobaczymy. Pawłowski ma dar zjednywania sobie ludzi. Gdyby jego poprzednikiem był zagryziak i zamordysta, to ze spokojem można by oczekiwać na kilka miesięcy fajnej współpracy na linii trener – zawodnicy. Teraz, gdy Pawłowski zajął miejsce innego szkoleniowca, który też jest takim typem człowieka układającym sobie relacje „na grzecznie” – trudno powiedzieć jakie będą efekty.
O ile jednak pod Jankiem Urbanem najbliższa przyszłość Śląska rysowała się tragicznie, to przy Tadku Pawłowskim jest szansa na jakąś zmianę. Choćby z uwagi na prawdopodobny „efekt nowej miotły”.
Dla części graczy jest co prawda „starym szkoleniowcem” (Celeban, Pich, Pawelec), lecz dla tych Rierów, Vacków czy Tarasovsów oraz Robaków i Piechów to postać nowa. A jeśli zastosuje jakiegoś swojego trika, jak w przypadku Sebastiana Mili, którego z pensją ponad 100 tysięcy brutto odsunął od pierwszego zespołu, to może pozytywnie wstrząsnąć zespołem.
Powodzenia, panie Trenerze. Potrzebujemy go wszyscy.
Roman Zieliński, fot. K. Pączkowska

Ceneo
							</section>