To zdarzyło się niemal dziewięć lat temu, ale dzięki pewnej wymianie zdań na Fanie sprawa nie tylko mi się przypomniała, lecz dopiero teraz ukazała mi się w całej okazałości. I dopiero teraz zająłem wobec niej swoje stanowisko.
Punktem wyjścia do przemyśleń był wpis czytelnika @Okolice Oporowskiej i link do artykułu mówiącego o tym, że pilot lecący do Gruzji z prezydentem Kaczyńskim odmówił lądowania w Tbilisi. Link tutaj:
http://www.se.pl/wiadomosci/polska/pilot-ktory-odmowil-lechowi-kaczynskiemu-ladowania-w-gruzji-bylo-niebezpiecznie-ale-prezydent-rozkaz_177965.html
Jak się nie chce wchodzić, to w kilku słowach streszczę. Podczas najazdu Rosji na Gruzję w 2008 roku ówczesny prezydent Lech Kaczyński zwołał premierów i prezydentów państw, które po 1989 roku wyrwały się z objęć sowieckich. Celem było polecieć do Gruzji i tam zamanifestować poparcie dla Gruzinów. Wojskowy pilot odmówił lądowania w Tbilisi, gdyż uznał to za niebezpieczne i chciał lecieć do Azerbejdżanu. Kaczyński nakazał mu lądowanie w Tbilisi. Pilot po latach się żali.
Rozterki moralne
No i powstaje dylemat. Czy rację miał pilot, który ma dbać o bezpieczeństwo osób na pokładzie, czy rację miał Kaczyński?
Pragmatyzm pokazuje, że rację miał Kaczyński. Nie tylko dotarł na miejsce, zatem realnie ocenił niebezpieczeństwo, ale również zrobił swoje – wystąpienie europejskich polityków miało wpływ na zaniechanie działań wojennych przez Rosję.
Ponadto jest jeszcze jeden element dylematu. Wojskowy kwestionujący decyzje zwierzchnika.
To nie podwładny jest od oceniania stopnia niebezpieczeństwa. Czasem dowódca musi wydać rozkaz po wykonaniu którego szanse na przeżycie są żadne. Tym większy szacunek, jeśli jego los jest nierozłączny od losów słuchających rozkazy, a tak w tym przypadku było. Kaczyński jako dowodzący siłami zbrojnymi wydał rozkaz lądowania w Tbilisi i gdyby samolot został strącony, wówczas jednym z poległych byłby sam Kaczyński. To się nazywa odwaga.
Czy decyzja o lądowaniu na zagrożonym lotnisku była potrzebna, a może to zwykła brawura?
W czasie, w którym każda godzina ważyła na losach Gruzji, Kaczyński ryzykował życiem dla uratowania tego kraju. To nie była brawura, to była desperacja.
Cóż warte kilka żyć, gdy chodzi o los milionów?
Czy warto było narażać się dla ratowania Gruzji?
Warto. Kilka godzin po lądowaniu powiedział o tym sam Kaczyński. „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, następnie kraje bałtyckie, a jeszcze później mój kraj – Polska” tak to chyba leciało dosłownie. Zatem tak naprawdę nie chodziło o los Gruzji, lecz o zastopowanie imperialnych zakusów Rosji, które dotyczą również Polski. A które, jak okazało się sześć lat później podczas aneksji Krymu, wcale nie były chorą wizją Lecha Kaczyńskiego.
Czy nawet najlepszy pilot polskich sił zbrojnych mógł wiedzieć o jaką stawkę idzie gra? Nie mógł. Czy zatem mógł podejmować decyzję o zmniejszeniu ryzyka? Z jego punktu widzenia była to obawa o życie pasażerów, w tym również życie swoje. Tymczasem na szali leżała przyszłość Polski i Polaków.
Kasa za ryzyko śmierci
Jeśli chciał żyć spokojnie i bezpiecznie, to powinien iść do cywila. Żołnierz nie jest od myślenia. Ma wykonywać rozkazy. Nie on jest od oceniania, czy rozkaz jest głupi, małostkowy, bezsensowny.Owszem, żołnierz może przyłapać dowódcę na zdradzie, totalnej niekompetencji czy na paraliżu umysłowym spowodowanym strachem, wówczas w imię racji stanu może, a nawet powinien się przeciwstawić. Ryzykując sąd wojenny, gdyby się okazało, że tylko mu się wydawało.
Żołnierz zawodowy jest tym, który dostaje pensje za to, że jest i się spokojnie szkoli. Natomiast gdy dojdzie do zawieruchy, to nie bacząc na nic ma poświęcić swoje zdrowie. A nawet życie. Na to przysięgał.
Dowódca samolotu okazał się nieprzystosowanym do bycia kapitanem, bo swojej roli nie zrozumiał nawet po latach, gdy samo lądowanie w Tbilisi można było ocenić zarówno w kontekście historycznym jak i politycznym. Można mieć wątpliwości, czy gdy już pojął, jaką historyczną rolę odegrał, a wciąż się żalił – czy w ogóle nadawał się na żołnierza.
degrelle, fot. los1, parlamentarny.pl
Informacja dla Czytelników Fana: starajcie się nie opierać na fejsbuku, wchodźcie na stronę bezpośrednio. Czasem gejsbuk nas cenzuruje, wówczas choć na stronie pokazuje się jakiś artykuł, to u pedałolubnych się on nie pojawia.