„Jakiś wnerwiony kibic Dynama Kijów odpalił granatnik”. Taki niby śmieszny komentarz do ataku na polski konsulat w Łucku na Ukrainie pojawił się w przestrzeni medialnej.
Że atak był, to wiadomo. Natomiast najistotniejszym pytaniem, na które być może nigdy nie znajdziemy odpowiedzi jest: „kto”?
Nie można odmówić racji tym, którzy twierdzą, że za wszystko, co się dzieje na terytorium Ukrainy odpowiadają Ukraińcy.
Nie można odmówić racjonalności tym, którzy optują, że zamachowcami są jacyś wariaci – banderowcy.
Ale nie można odrzucić możliwości, że za taką akcją stoją Rosjanie.
Co więcej – taki scenariusz zdaje się być najbardziej prawdopodobny.
Co to komu da?
Załóżmy, że to Ukraińcy. Oprócz ewentualnych frustratów, dla których każda draka jest fajna, rząd Ukrainy w chwili obecnej potrzebuje wsparcia politycznego i ekonomicznego UE, USA i Chin. Bo na wschodzie Rosja dobiera się do ich terytorium.
Oczywiście nie można wykluczyć ewentualności, że Ukraińcy preparują atak w ten sposób, by to wyglądało na robotę Rusków.
Załóżmy że winni są Rosjanie – z ich punktu widzenia same plusy. Poróżnienie Ukrainy z ewentualnymi krajami wsparcia byłoby trafieniem w punkt.
Dlatego jakoś wskazanie na Kreml robi wrażenie celniejszego.
Metoda fałszywej flagi
Tuż po II Wojnie Światowej zachodnioniemiecki wywiad BND, gdy kaperował Polaków, to udawał, że działają dla Amerykanów i podszywali się pod CIA. Niechęć Polaków do Niemców była tak wielka, że nikt by się nie zgodził pracować dla Szwabów.
Takie działania w świecie tajnych służb to rzecz normalna. Nazywane jest to „działaniem pod fałszywą flagą”.
Na miejscu Ruskich, by odwalić taki numer jak w Łucku, należałoby wprowadzić jakiegoś swojego agenta w środowisko banderowców i podpuścić ich do działania. Dostarczając odpowiednie „narzędzia”. Można też zapłacić.
Prowokacje – druga natura sowieta
Wiecie od czego zaczęła się druga wojna czeczeńska? Od wybuchów w Moskwie. Wysadzono budynki mieszkalne, „znaleziono” jakichś Czeczenów. Czy to faktycznie zrobili oni, a jeśli nawet tak, to być może byli sterowani przez KGB lub GRU – jak to opisano wyżej. I w ten sposób załatwiono pretekst do spacyfikowania Czeczenii.
Jak ktoś nie wierzy – a czymże była prowokacja gliwicka w 1939 roku? Dokładnie tym samym. Akurat niemiecka, pewnie dlatego wyciekła. Ruscy mniej rzeczy zostawiają na papierze, zatem trudniej im udowodnić podobne historie.
Prowokacje wielopiętrowe to firmowy znak służb sowieckich. I to od zarania jej dziejów. Kto nie wierzy, niech zajmie się przypadkiem Tuchaczewskiego, sowieckiego marszałka zlikwidowanego przez Stalina, któremu przeszkadzał. Ale wiedzę na temat tego przypadku radzę zdobyć nie z zapisów wikipedii, lecz zacząć od książki byłego szefa wywiadu KGB na Europę – Waltera Kriwickiego (Samuela Ginzberga) i zwrócić uwagę na jej część dotyczącą Paryża.
Niewiele wydawałoby się znaczący fragment o nieudanej próbie likwidacji rosyjskiego emigranta – białogwardzisty okazuje się mieć daleko idące konsekwencje, a zmanipulowane dowody, które ze stolicy Francji via Gestapo poprzez Czechy wylądowały w Moskwie, stały się podstawą do skazania Tuchaczewskiego na śmierć.
Jasne, że nie można wykluczyć, iż jacyś nawiedzeni Ukraińcy na urlopie z wojska po pijaku poszli w nocy sobie popróbować jak pancefauścik wali w okno polskiego konsulatu. Ale w związku z tym, jak działają sowieckie służby najprawdopodobniejsze jest, że nitki tej intrygi prowadzą do Moskwy na Łubiankę lub do Akwarium.
Roman Zieliński, fot. defence24
Informacja dla Czytelników Fana: starajcie się nie opierać na fejsbuku, wchodźcie na stronę bezpośrednio. Czasem gejsbuk nas cenzuruje, wówczas choć na stronie pokazuje się jakiś artykuł, to u pedałolubnych się on nie pojawia.
</section>