Miłośnicy talentu Tarsovsa chyba po dzisiejszym, przegranym 1-4 pojedynku WKS-u w Płocku schowają się pod ziemię. Ten rewelacyjny zawodnik załatwił Śląskowi mecz na cacy.
Opluwacze Bilińskiego też raczej wkurzeni, bo ten „nic nie potrafiący” akurat Śląskowi strzelił dwie bramki. W tym – decydującą, tzn. drugą, po której naszym orłom przestało się chcieć grać.
Miłośnicy Piecha po fenomenalnie wykonanym rzucie karnym też już wiedzą, czemu trafił właśnie do Śląska. Jaki napastnik, takie (organizacyjnie) kluby go chcą.
W najgorszych snach nikt nie przypuszczał, że to spotkanie może się zakończyć rezultatem 1-4. No to ziściły się te najgorsze sny.
Wyjazdy są w tym sezonie zmorą Śląska. Ostatni raz wygraną na boisku rywala nasze orły odniosły 143 dni temu. W Płocku. A po dzisiejszym wyjeździe można być pewnym, że wysoka frekwencja na Pilczycach to już śpiewka przeszłości.
Szukając pozytywów, zagrało dwóch młodzieżowców. Poprawa i Pałaszewski mają po 19 lat, dla niuch były to debiuty w pierwszej drużynie Śląska. Widać, że się starali, bo obaj zostali „uhonorowani” żółtymi kartkami.
Tak na marginesie… kiedy w lidze spotkaliście się z przypadkiem, gdy młodemu daje się debiutować w sytuacji, kiedy jest jeszcze dużo czasu do końca meczu, zespół wtapia 0-1 i musi grać w „10”? To jakaś nowa myśl szkoleniowa trenera Jana Urbana. Godna odnotowania w księdze Guinessa.
Kuba Wrąbel jak zwykle coś musiał wpuścić, choć przy drugim karnym był bliski pokrzyżowania szyków Bilińskiemu. Wreszcie gola strzelił Kosecki, bo już podejrzewaliśmy, że tego robić nie umie.
Mecz z Płocku obserwowało z trybun 9 fanów z KKN-u.
RZ, fot. przegląd sportowy