Większość Czytelników Fana to osoby znające Wrocław. Stąd pytanie: zauważyliście, że w tym mieście, które jeszcze 80 lat temu było niemieckie, nie ma germańskich pomników? Owszem jest sporo figur lub płaskorzeźb, które zostały zrobione przez Niemców, Prusaków czy Austriaków, lecz nie ma pomników chwały niemieckiego oręża.
Odpowiedź jest prosta, Jeszcze kilkadziesiąt lat temu zdobywcy chcąc eliminacji wroga, na podbitych terytoriach niszczyli te rzeczy, które były ważne dla pokonanych.
Komuniści, wśród których Niemców próżno szukać, wkraczając w 1945 roku na obce terytoria łupili i grabili wszędzie. A tam, gdzie się pojawili na dłużej, tam likwidowali wszystko, co się mogło kojarzyć z przeszłością tych miejsc. Spolszczono lub zmieniono nazwy miast i wsi. Ulice nazwano po naszemu, a pomniki likwidowano nie pytając, czy to zabytki i czy są cenne. Nie – usuwano w kąt. Likwidowano.
Nie przypadkiem po kancelarii Rzeszy ani po bunkrze Hitlera nie pozostał kamień na kamieniu. Symbole wroga się niszczy, utylizuje. We Wrocławiu, ale również na wszystkich Ziemiach Odzyskanych tuż po II WŚ utylizowano niemiecką pamięć i niemiecką tożsamość. Wszystko co było zbyt wyraziście germańskie ściągano z cokołów, ze ścian budynków, zamalowywano. I słusznie.
Wcześniej, po 1918 roku w odrodzonej po ponad stuletniej niewoli Polsce też burzono miejsca ważne dla zaborców. Niemal wszystkie, w tym wielką cerkiew Newskiego w Warszawie zlikwidowano. Nie bawiono się w jej przekształcanie słusznie uważając, że historia kołem się toczy i nie ma pewności, czy Ruscy nad Wisłę nie powrócą. Zresztą w 1920 o mało się to im nie udało.
Po roku 1989 w krajach które częściowo powyrywały się z okupacji sowieckiej wyburzano pomniki Lenina i czerwonych oprawców. Że niezbyt intensywnie? To kolejny dowód na to, że rewolucja 1989 roku tak naprawdę była efektem dogadywania się czerwonych ze swoimi agentami udającymi opozycjonistów.
Gdyby było inaczej, to po znienawidzonych, komuszych symbolach nie zostałby nawet najmniejszy ślad.Dlatego specjalnie nie ma się co dziwić, że we Francji chcą wyburzenia pomnika Papieża Jana Pawła II. Dla stającej się powoli kalifatem Francji krzyż jest elementem nieprzyjaznym, w zasadzie wrogim. Islamska dzicz posługując się wojującym ateizmem niszczy znaki wroga na „swoim” terytorium. Krzyż we francuskiej przestrzeni publicznej przeszkadza. Wypięte zadki modlących się do Allacha nie przeszkadzają. Bo liczy się siła, arabstwo ją ma, chrześcijaństwo jest słabiutkie. Na dodatek Muzułmanie mają wsparcie w pożytecznych idiotach mających swojego bożka w tolerancji i „prawach obywatela”. Krzyż na zniknąć, kościół trzeba zamknąć, meczety powstają jak grzyby po deszczu.
Kto tego nie rozumie, tego wnuki będą biegały w turbanach na głowie. Francuzi tego nie rozumieją.
degrelle fot. AP
</section>