W debacie publicznej wśród osób nastawionych krytycznie wobec przyjmowania islamskiej dziczy wykreowane zostało pytanie, na które lewactwo nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Gdy tylko ono pada, natychmiast wśród odpytywanych pojawia się popłoch i następuje próba zagadania niewygodnej odpowiedzi. Której zresztą nikt nie udziela.
Jak brzmi magiczne pytanie?
Najprościej:
– Ilu imigrantów (uchodźców) przyjmiesz pod swój dach?
I w momencie, w którym pada to pytanie następuje koniec merytorycznej debaty. Zaczyna się pitolenie o chrześcijaństwie, miłosierdziu (co śmieszne – o chrześcijaństwie mówią wówczas najczęściej osoby twierdzące, że są ateistami).
Ci, co wcześniej pitolą o biednych matkach z małymi dziećmi, o łkających sierotkach, o przerażonych ludziach uciekających przed wojną, gdy przychodzi im zadeklarować własne zaangażowanie, w które próbują wmanewrować polskie społeczeństwo, natychmiast próbują rozmyć ewentualne konsekwencje. Przenieść odpowiedzialność za własne pomysły na innych.
Zatem mamy już klucz do rozwiązywania sporów o przyjmowanie uchodźców, imigrantów, czy jak tam jeszcze będą zwać islamską dzicz płynącą do Europy z całego świata: pytanie do chętnych do przyjmowania – ilu tych biedaków weźmiesz na swojego garba?
Roman Zieliński, fot. national.front.nz
</section>