Tak się złożyło, że ostatnio wydarzenia, choć w rzeczywistości miały miejsce w innych miejscach Polski, kojarzą się z Gdańskiem.
W Poznaniu odbywała się gala sportów walki, ale najistotniejszym elementem wydarzeń okołogalowych było spotkanie kiboli Arki Gdynia i Lechii Gdańsk. W nieco innej scenerii niż hala sportowa.
Spotkanie to rozgrzało do czerwoności kibolską społeczność i choć bliżej niż do Gdańska było do Bydgoszczy, to jednak każdy zabierający głos w tej sprawie nie o Bydgoszczy myślał, lecz o Trójmieście.
Teraz mamy inne wydarzenia, które choć dzieją się w Warszawie, to przywołują gdańskie skojarzenia. To, że TW Bolek jest TW Bolkiem wiedzą już wszyscy oprócz samego zainteresowanego. Teraz potwierdzają to ekspertyzy grafologów.
O swoim, a i redakcyjnym stosunku do Bolka pisane było na Fanie wielokrotnie. Teraz chciałbym się podzielić z Czytelnikami swoimi pewnymi spostrzeżeniami, które naszły mnie w latach późniejszych od tych, w których utrwalał się mit wielkiego opozycjonisty.
Jak niemal wszyscy Polacy dałem się Bolkowi omamić. W 1980 roku słuchałem Radia Wolna Europa i to wówczas po raz pierwszy w życiu usłyszałem nazwisko „Wałęsa”. Co prawda dziwiło mnie, że ktoś tak otwarcie nie tylko przyznaje się do „antypaństwowych” poglądów, lecz robi to publicznie, bo to oznacza jedno – kłopoty. I to kłopoty śmiertelne. Naiwność 19-latka zwyciężyła, ale Bolo omamił mnie na znacznie dłużej.
Był to bodajże rok 1988. Może 87, może początek 89. Dużo czasu spędzałem wówczas w Gdańsku. Uprosiłem śp. „Grabarza” Piotrka Grabowicza i śp. „Dufa” Tadeusza Duffeka, którzy wtedy pracowali w Stoczni Gdańskiej o przemycenie mnie przez bramę. Chciałem pójść do Wałęsy po autograf. Nawet sobie zorganizowałem jego zdjęcie, bodajże z Ronaldem Reaganem.
Wlazłem na teren stoczni, ale okazało się, ze tego dnia Bolka nie było w robocie. Teraz wiem, że miałem szczęście, natomiast dziwił mnie brak entuzjazmu kolegów – fanów Lechii dla mojego projektu spotkania się z „legendą”.
Byłem w Gdańsku na meczu z okazji „Igrzysk Solidarności” Polska – Eintracht Frankfurt w 1990 roku. Wydarzenie sportowe – żadne, bardziej polityczne. No to próbowałem rozmawiać z „Grabarzem” i „Dufem” o polityce (jeszcze jako – tako się to udawało) i o wpływie Bolka na politykę. I chociaż obaj byli bardzo zaangażowani w działania antykomunistyczne, to gdy temat zahaczał o „legendę”, natychmiast zmieniali temat dyskusji. A jak delikatne przekierowanie rozmowy na inne tory nie działało, bo potrafię być upierdliwy, to słyszałem „dobra, skończmy pitolić, idziemy na wódkę”:
Teraz już wiem, że oni prawdę o Bolku znali już wówczas.
Skąd?
Nie wiem. Może dlatego, że „Dufo” czasem robił za ochroniarza księdza Jankowskiego. Może drożne były jakieś inne kanały.
Wówczas nie zwróciłem uwagi na ten fakt. Po wielu latach te drobne szczegóły ułożyły mi się w logiczną całość.
To, że Bolek to Bolek dotarło do mnie gdzieś na przełomie wieku. Dopiero wówczas. Książka „SB a Lech Wałęsa” była dla mnie tylko potwierdzeniem tego, co już podskórnie wiedziałem.
Imię zdrajcy mnie, a z pewnością wielu innym, kojarzy się z Gdańskiem, z nasłuchiwania informacji z tego odciętego od świata miasta w 1980 roku w czasie strajków, z moich wędrówek po Zaspie, gdzie Boluś mieszkał, z napisem na budynku gdańskiego lotniska. I z bytnością zdrajcy na stadionie Lechii w 1982 roku na meczu z Juventusem Turyn, co wywołało niebywały entuzjazm nie tylko wśród biało-zielonej braci, lecz w całej piłkarskiej Polsce tamtych czasów. Zatem warszawska konferencja IPN-u mimowolnie kojarzy się z Gdańskiem.
Roman Zieliński, fot. TVN24, LechiaNet (na zdjęciu od lewej śp. „Dufo”, śp. „Grabarz” i śp. „Kaczor” – kibice Lechii Gdańsk w mieszkaniu teściów „Grabarza” na Suchaninie.
Informacja dla Czytelników Fana: starajcie się nie opierać na fejsbuku, wchodźcie na stronę bezpośrednio. Czasem gejsbuk nas cenzuruje, wówczas choć na stronie pokazuje się jakiś artykuł, to u pedałolubnych się on nie pojawia.