Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl

Syndrom wyniku

performance24-pl Wynik w grze jest najważniejszy. To jest jasne dla wszystkich. Dlatego wygrana, nawet po rozpaczliwej grze, przy niesamowitym farcie, czasem przy ślepocie sędziego jest czymś, z czego sportowców się rozlicza. Dlatego 18 (w rzeczywistości 9) punktów na koncie Śląska musi cieszyć. Fart w Szczecinie? Niesamowite szczęście w Krakowie? Cudowne remisy w Warszawie, u siebie z Amiką czy z Lechią – jakie to ma znaczenie? Znaczenie ma bilans punktowy. Mamy 18 (9) i to jest podstawa rozliczania zespołu, trenera, a nawet klubu.
Ale ta słaba postawa piłkarzy Śląska ma swoje konsekwencje w postaci obaw na przyszłość. Trzy ostatnie mecze pozwoliły wskoczyć nawet do pierwszej ósemki w tabeli, jednak zdobycze punktowe zaciemniły obraz. Osobom patrzącym wyłącznie na rezultaty może się wydawać, że jest nieźle.
Wynikowcy
Jest gromada ludzi chodzących na imprezy sportowe tylko wówczas, gdy drużyna osiąga sukces sportowy. Potocznie są nazywani „wynikowcami”. Inną kategorią wynikowców są ci, którzy oceniają zespół tylko i wyłącznie po rezultacie.
Doskonałym przykładem był mecz kadry PZPN ze Słowacją w październiku 2008 roku w ramach eliminacji do mistrzostw świata. Komentator – wynikowiec, Dariusz Szpakowski po 80 minucie zaczął powoli „podsumowywać” mecz. Według jego słów był całkiem niezły. Bo było 1-0. Kadrowicze byli lepsi od Słowaków i w ogóle, wszystko było cacy. Tymczasem w samej końcówce spotkania Słowacy strzelili 2 gole i narracja Szpakowskiego się przeistoczyła. Nagle ta sama grupa grajków była kompletnie do niczego, spotkanie było beznadziejne, a kadra ze znakomitych grajków w 80. minucie pojedynku stała się przypadkową zbieraniną ludzi udających futbolistów. Niestety, dla części kibiców jest podobnie. Wygrali mecz, to są świetni. Lepsi od rywali pod każdym względem. Jaka technika, jakie indywidualności… po prostu cudo. Ten sam mecz, lecz wynik odwrotny i z tych mega talentów ci sami komentatorzy robią bęcwałów, łamagi, które nie potrafią piłki prosto kopnąć, zagubionych we mgle gamoni.
O co chodzi?
Na pewno część tych, którzy przeczytają tekst powyżej, nie zrozumie o co chodzi. Zatem wyjaśniam na przykładzie, bo to trafia najlepiej.
Mecz Legia – Borussia Dortmund zakończył się sromotną klęską Legii 0-6. Nikt z oglądających nie ma najmniejszej wątpliwości, że gdyby te dwie drużyny spotkały się następnego dnia albo za miesiąc, to może rezultat nie byłby tak okazały, lecz zwycięzca może być tylko jeden. Borussia. Bo drużyny dzieli różnica kilku klas.
Chodzi właśnie o tę klasę. Obecny Śląsk jej nie ma. I to jest powód do zmartwienia. Bo to oznacza, że w każdym następnym meczu, nawet gdy będziemy grali z leszczami, będziemy drżeć o wynik. Czasem uda się wygrać. Czasem nawet 3-0.
Dla przeciwwagi do meczu Legia – Borussia, spotkanie Wisła Kraków – Śląsk. Wynik 1-5 zdaje się sugerować, że mistrz przebiegł się po czeladniku. Kto sobie obejrzał mecz drugi raz, ten wie, że na tak wysokie zwycięstwo Śląska przede wszystkim miał wpływ łut szczęścia. I gdyby ten sam Śląsk zagrał z tą samą Wisłą dzień później, lub tydzień później, to wynik tej konfrontacji były otwarty.
3-0 czy 0-2?
Co prawda pojedynek Śląska z Górnikiem Łęczna widziałem tylko raz, zatem analizy pełnej mieć nie mogę, to jednak z zapisków wyłania się fakt, że wygrana w Lublinie była efektem maksymalnego wykorzystania elementu szczęścia.
Chwała piłkarzom za to, bo wykorzystywać dary losu też trzeba umieć. Śląsk wysoko zwyciężył i z tego trzeba się cieszyć. Nie tylko w wymiarze zdobytych punków, lecz również dlatego, ze takie wygrane podbudowują morale zespołu. Pozwalają zawodnikom czuć się pewniej. Zmniejsza się nerwowość grupy i nerwowość poszczególnych futbolistów. Ta wygrana była potrzebna.
Jednak niech punkty z Kielc i Lublina nie przesłonią nam prawdziwej siły naszej drużyny.
Na potrzeby napisania tego artykułu obejrzałem mecz Amica – Wisła Płock. Poznaniacy byli lepsi o dwie klasy i ostatecznie wygrali 2-0. Starałem się ocenić Wisłę, starałem się patrzeć jak ktoś, kto miałby płacić graczom z Płocka i starał się uciąć im wypłaty.
Co wolimy? 3-0 z Łęcznej, czy 0-2 w Poznaniu? Tylko głupek wybrałby porażkę.
Jednak zespół z Płocka stawił Amice poważny opór i gdyby mając alternatywę Śląsk lub Wisła Płock, zamiast za rezultat wybierać ekipę za lepsze wrażenia artystyczne, to wybór już nie byłby tak oczywisty.
Trójka to trójka
Piłkarze Śląska w Lublinie zrobili co do nich należało i za to należy się im szacunek. Jednak nie lekceważmy statystyk. 6-1 w rzutach rożnych dla Górnika świadczy, że jeśli ktoś szturmował bramkę, to raczej nie my. 38-62 w posiadaniu piłki. 8-12 w strzałach (wraz z zablokowanymi 8-16) i to wszystko w pojedynku nie z tuzami naszej ligi, lecz z jej outsiderem – to nie napawa optymizmem.
Tak, tak, wiem statystyki nie grają. Można się cieszyć, że aż 50% celnych strzałów trafiło do siatki Górnika. Ale prawda jest brutalna. Nasze orły geniuszami futbolu to raczej nie są.
Dlatego cieszmy się z ugranych punktów, cieszmy z awansu w tabeli, lecz dajmy sobie spokój z samozachwytem.
Roman Zieliński, fot. performance24.pl

18+