Zmieniło się na kibicowskiej mapie Polski. Tym większe zainteresowanie tym faktem we Wrocławiu, że zmiany dotyczą Śląska.
Wielu z Was domagało się, dopraszało, wręcz żądało wyjaśnień, komentarzy czy też głosu eksperckiego od redakcji Fana. A w szczególności od redaktora naczelnego.
Powiedziałem sobie, że napiszę coś na ten temat gdy opadną emocje. A jak je zmierzyć? Najprościej. Musi minąć 48 godzin od chwili, w której na stronie nie pojawi się żaden komentarz pod artykułami „Ruch Wisły” i „Wisła – Lechia”.
Taki dzień nadszedł dopiero teraz.
* Nie będzie to tekst tłumaczący mechanizm zaistniałej sytuacji. Czytając Wasze komentarze, te które znalazły się na stronie i te, które z różnych powodów powędrowały do kosza, widać, że przyczyny dla których zgoda z Wisłą Kraków przeszła do historii są dla znakomitej większości z Was jasne i czytelne.
* Nie będzie to również tekst o tym, jak teraz postępować. Rozmawiając z wieloma osobami, nawet luźno związanymi ze środowiskiem kibicowskim, widać, że wszyscy są uświadomieni co do zachodzących zmian.
* Zawiodę wielu, lecz będzie to wyłącznie moja opowieść o tym, jaki przez lata był mój stosunek do kibiców Wisły.
* Po raz pierwszy w Krakowie na meczu Śląska z Wisłą byłem na początku grudnia 1976 roku. Mój 5 wyjazdowy mecz. Wówczas jeszcze pojęcie „zgoda” lub „wojna” było inaczej interpretowane. Generalnie każdy klub miał same zgody, poza wyjątkami, które stanowiły wojnę. W owym czasie na łomot jechało się z Wrocławia do Poznania i do Warszawy na Legię. Nie pamiętam, jak wtedy było z bytomską Polonią, być może jeszcze wtedy było spokojnie, lecz na pewno już niedługo była to jedna z naszych wojen.
Ja miałem wówczas 15 lat, byłem już wkręcony w kibicowanie, lecz nie w chuligankę. Choć i ta wówczas wyglądała zupełnie inaczej niż teraz.
Z koleżką, śp. Radkiem Wójcikiem przyjechaliśmy do Krakowa rano, długo wałęsaliśmy się po mieście. Mecz, jakby się to powiedziało teraz „bez przygód”. Wisła jak na owe czasy miała solidny doping, nas było na wyjeździe dość sporo (jeszcze nikt nie liczył kibiców gości). Dla lepszego zobrazowania tamtych czasów – fani przyjezdnych siadali gdzie chcieli, nie było żadnych wyznaczonych sektorów, żadnych pilnujących milicjantów. Siedzieliśmy w tłumie miejscowych.
Piłkarsko choć był to sezon w którym Śląsk zdobył mistrzostwo Polski, to w Krakowie nasze orły zaliczyły łomot 0-5. Po latach dowiedziałem się, że w drużynie był jakiś konflikt i zespół odpuścił spotkanie. 5 goli puścił wówczas młody Jacek Wiśniewski, dla którego był to bodajże ligowy debiut.
* Generalnie był to czas, w którym mniej znane były wojny kibiców. Znacznie większą wagę przywiązywano do wojen miast. Wrocław nienawidził Poznania (i odwrotnie) oraz Warszawy. Przy czym Warszawy to nie lubił wówczas w Polsce prawie nikt.
Najczęściej animozje miast nakładały się na animozje kibiców.
Wrocław i Kraków się wówczas lubiły.
* Półtora roku później świat kibicowski był już moim żywiołem. Na Wielkanoc 1978 na Stadionie Olimpijskim był mecz Śląsk – Wisła. Wiślacy nie niepokojeni siedzieli naprzeciw zegara. Patrząc z sektora spod wieży – na lewo od trybuny. Było ich sporo, moi starsi koledzy żłopali z nimi alkohol przed meczem. Ja w takich imprezach jeszcze nie uczestniczyłem. Jeszcze byłem za junior.
Sportowo – Śląsk prowadził 3-0, ale skończyło się 3-1. Jak się później okazało, była to ważna bramka, która w końcowym bilansie dała w ostatnich kolejkach Wiśle dodatkowy bonus. Ale i tak to Wisła zdobyła mistrzostwo Polski o jeden punkt wyprzedzając Śląsk w końcowej tabeli.
* Czy była to jesień 1978, czy wiosna 1979 roku – nie pamiętam. Nie pamiętam rezultatu spotkania. A był to jeden z najważniejszych dni mojego życia, choć zrozumiałem to dopiero po latach.
Kraków. Stadion Wisły. Ja w grupie kolegów (tu uwaga, chłopaków, którzy poznikali z naszego, kibicowskiego świata wymieniam z imienia lub ksywki, tych, którzy wciąż są aktywni wymieniam wyłącznie z jednej litery), siedzimy jak zwykle po drugiej stronie sektora „X” (tzw. „dziesiątki”), wśród 200 (?) osób z Wrocławia. Ja, „Kobra” – Andrzej W, śp Radek Wójcik, MR, chyba był z nami MS. Do meczu kilka – kilkanaście minut. Wpadają nawaleni jak automaty najstarsi fani Śląska. Wśród nich śp. Zbychu, śp. bracia Liski, Heniek Kolejarz, R i jeszcze kilka osób. Nażłopani, bo pili z Wisłą. Doping podówczas robił Zbychu, ale tego dnia wyraźnie nie czuł się na siłach.
– Ty lubisz śpiewać, ty będziesz „zaczynał” (tak się wówczas mówiło na to, co obecnie jest „robieniem dopingu”).
Próbowałem się wymigać, że nie umiem, że nikt mnie nie będzie słuchał.
Wracam czasem pamięcią do tamtych chwil i nie potrafię już teraz określić, kto był skuteczniejszym nagabywaczem. Czasem wydaje mi się, że zadecydował „Zbychu”, czasem, że ostateczne słowo miał „R”. Ze sklerozą nie wygram.
Natomiast pamiętam słowa wcale nie skierowane do mnie:
– Niech tylko spróbują nie słuchać.
Czy tego dnia doping był zły, czy dobry – nie mnie to oceniać. Chłopakom się podobało. Kilka spotkań później zostałem wydelegowany do „zaczynania” już na stałe.
* 1 maja 1979. Do Lublina na finał Pucharu Polski Wisła Kraków – Arka Gdynia wybraliśmy się w jakieś 20 osób. Na tym meczu poznałem koleżkę z Arki z Podgórza, braci K z ulicy Wrocławskiej z Krakowa i legendarnego śp. Wolfa z Lechii Gdańsk. Ten ostatni przyjechał polować na arkowców.
My całą wrocławską bandą siedzieliśmy w sektorze Wisły, która przegrała 1-2.
* Rok 1982 (na zdjęciu obok rok 2012 – nie pomylić). Ostatni mecz sezonu Śląsk – Wisła. Śląsk wygrywając zdobędzie mistrzostwo Polski. Atmosferę święta czuło się na mieście od wczesnych godzin rannych. Ja – młody żonkoś, od niespełna miesiąca, ale wyrwałem się z domu. Przed meczem włóczęga z chłopakami z Krakowa. Śląsk przegrał mecz 0-1, który jak się później okazało – kupił od Wisły, lecz piłkarze Wisły już po sprzedaży spotkania ponownie je opchnęli, tym razem lepiej płacącym Widzewiakom. Przegrana, mimo, że sędzia Alojzy Jarguz starał się jak mógł, by naszym orłom pomóc.
Po meczu odprowadziliśmy w kilka osób fanów Wisły, którzy, jak twierdzili, przyjechali zobaczyć, jak się świętuje mistrza Polski we Wrocławiu.
Nie zobaczyli.
Natomiast już wsiadając do pociągu jeden z nich powiedział coś, co zapadło mi w pamięć. Że w takiej sytuacji, w której w ostatnim pojedynku jego klub odebrał gospodarzom tytuł mistrzowski już wolałby się nie znaleźć nigdy. Był przekonany, że po meczu dostanie po mordzie.
Wtedy te nasze zgody były jeszcze dość płytkie. Najczęściej szło się na dworzec na pociąg. Ktoś z niego wysiadał, brało się chłopaków na picie. Albo, gdy była kosa, to się za nimi biegało.
Pół roku później jechało się z rewizytą. I tam, często zupełnie inni kolesie, przychodzili na dworzec i brali cię na piwo/ wino/ wódkę.
* Tenże rok 1982, jesień. Po raz pierwszy jedziemy do Krakowa, ale na mecz z Cracovią. Mamy do nich stosunek obojętny, jest ich naprawdę niewielu. Są z nami kibice Wisły, choć nieliczni. Widać, że czuli się na stadionie lokalnego rywala nieswojo.
Kolejny mecz bez przygód, ale już wówczas wiedzieliśmy, że Kraków nie jest podobny do Wrocławia, gdzie Ślęza, która ewentualnie mogła się wybić kibicowsko, nie zaistniała. Nie pozwoliliśmy.
* Do roku 1989 poznałem paru dobrych kolesi z Wisły. Do wojny doszło na stadionie we Wrocławiu. Z naszej strony dążył do tego „O” wspomagany przez „J”. Kto jaką rolę w tym wszystkim odegrał, tego nie wiem. Teraz mnie naszło, że się ich wypytam, bo wciąż chodzą na mecze.
* 1992 (?) wyjazd do San Marino na mecz kadry. Chłopaki od nas autobusem. Wesołym zresztą. Wisła przyjechała w dwa autobusy. Wiślacy czaili się na Cracovię. Widząc, że nadjechał Śląsk, mimo, że między nami była wojna, nie byli agresywni. Doszło do pierwszych rozmów. Pamiętam, po tym wyjeździe (na którym nie byłem) we Wrocławiu rozgorzała dyskusja o Wiśle i o tym, jak ma być dalej.
Przeważała opcja dogadania się.
* Kilka miesięcy później wyjazd na kadrę do Rotterdamu. Tam dla odmiany Wisła w parę osób była ścigana przez Cracovię. Znalazła schronienie w licznej grupie kibiców Śląska.
* 1993. We Wrocławiu w oczy zagląda spadek z ligi. Jest mecz Śląsk – Wisła. Sędzia dowala babola, a że nie był to tego dnia jego pierwszy błąd na niekorzyść Śląska, najpierw na boisko poleciały wyrwane ławki, później zaczęła się jatka na trybunach. Jatka z milicją. Wisła zza płotu dopinguje nas w walce z niebieskimi.
* Kilka tygodni później dochodzi do ponowienia zgody Śląsk – Wisła. W tym samym czasie Wisła robi zgodę z Lechią Gdańsk.
* Jakiś mecz we Wrocławiu. Jest już zgoda, lecz milicja wsadza wiślaków do klatki. W przerwie bractwo z obu stron podchodzi do siebie, niebiescy najwidoczniej myślą, że ma być konfrontacja. Zadyma i wspólne ganianie za milicjantami. Jeden z naszych orłów wlazł na szarżującą na kiboli polewaczkę i próbował „ukręcić” armatkę wodną.
* Jesień 2007. Sporo czasu nie graliśmy z sobą. Wisła sportowo stała się marką samą w sobie. Śląsk pałętał się w II i III lidze. Podkręcałem ówczesnego prezesa Antoniego Kordosa, by zorganizował towarzyskie spotkanie Śląska z Wisłą. Oczywiście we Wrocławiu. Jasne, że miał to być chwyt marketingowy.
Przypadek jeden na milion. Jestem na Oporowskiej, spotyka mnie Kordos i zaprasza na chwilę rozmowy.
– Mam coś do zakomunikowania – twierdzi.
W tym momencie ktoś do mnie dzwoni. Odbieram telefon i komunikuję, by przekręcił za kwadrans. Ówczesny wiceminister sportu, Radosław Parda nie daje się zbyć:
– Ja króciutko. Przed chwilą rozlosowano 1/16 Pucharu Polski. Zagramy z Wisłą – i się wyłączył.
– Tyle razy pan nas męczył meczem z Wisłą, udało się nam coś załatwić – zaczyna Kordos.
– Właśnie ich wylosowaliśmy w 1/16 Pucharu Polski – zakomunikowałem.
Myślał, że sobie z niego kpię.
To spotkanie było dla Wrocławia czymś szczególnym. Po raz pierwszy w historii do biletu klub dodawał zieloną koszulkę. Ultrasom Śląska w zrobieniu oprawy pomagali ultrasi Wisły, którzy wtedy w tym elemencie byli od nas lepsi o kilka długości. Z oprawą były kłopoty, zatem została ona zaprezentowana w czasie dogrywki (patrz zdjęcie). Co później przez parę osób zostało uznane za dowód na to, że mecz był ustawiony. Bo gdyby nie był, to nikt by nie przygotowywał oprawy na dogrywkę.
* Wiosna 2008. Dutkiewicz podpisał wstępny dokument o likwidacji Śląska. Ma go we Wrocławiu zastąpić Dyskobolią zwana Groclinem. Tak się składa, że w Pucharze Polski Wisła gra z tym Groclinem. Pakujemy się z „G” do auta, ładujemy trzy duże flagi Śląska, jedziemy do Krakowa. Tam prosimy chłopaków o rozwieszenie tych flag na płocie budowanego własnie sektora znajdującego się naprzeciw trybuny, na której znajdują się kamery.
Przekaz poszedł w świat. Trafił również do Drzymały. W Grodzisku zasialiśmy blady strach, bo sami sobie natychmiast ubzdurali, że na rewanż Wisły z Wrocławia wybierze się stado Hunów i będzie Grodzisk niszczyć, palić i nie wiadomo co jeszcze. Koleś z Krakowa podsłuchał rozmowę prowadzoną w takim tonie przez ludzi z Grodziska.
Tymczasem na razie to my mamy problem. Do Krakowa można było sobie jechać na luzie, bo podróżowaliśmy z partyzanta. Teraz, po transmisji telewizyjnej cała Polska już wie, że delegacja Śląska była w Krakowie. Można zapolować na flagi.
Taktycznie zostajemy „U Wiślaków” z godzinkę, a później znajomi nas jeszcze biorą gdzieś do knajpy. Jedziemy na dwa auta. Oni prowadzą, my za nimi. Stajemy w jakimś ciemnym kącie, za nami zatrzymują się dwa czy trzy samochody z których wysiadają jacyś kolesie.
Żegnam się z życiem, bo przypadkowi to oni nie są, flag nie oddam, jest nas tylko dwóch… No to po mnie. Z ciemności wynurza się dobrze mi znana postać z Wisły:
– Zajechaliśmy sprawdzić teren, czy jakiś żydek się nie błąka…
* Rok 2009. Ostatni mecz sezonu Wisła – Śląsk. Wisła musi wygrać, by zdobyć mistrzostwo. Tarasiewicz, trener Śląska, nie chce Wiśle niczego ułatwiać. Ale kończy się 2-0 i Biała Gwiazda zagra w eliminacjach do Ligi Mistrzów.
Mnóstw fanów Śląska ląduje na krakowskim Rynku na mistrzowskiej fecie. Ja też. Spotykam koleżkę, Wiślaka. Opowiada o ich problemach. Nie wierzyłem. Myślałem, że wszystko jest przerysowane.
– Ja od tego odbiłem. I u was to będzie, to tylko kwestia czasu – zawyrokował. Sprawdziło się.
* 6 maja 2012. Znów mecz w Krakowie Wisła – Śląsk decyduje o tym, kto będzie mistrzem Polski. Tyle, że tym razem zwycięstwo daje tron Śląskowi.
Ile zrobili fani Wisły, żeby mistrzostwo pojechało do Wrocławia wie niewielu. Z pełną świadomością tego, co mówię, twierdzę, że gdyby nie kibole Wisły, to Śląsk tego mistrzostwa by nie zdobył.
* Wiele spotkań Śląska w Krakowie, w tym mecze z Cracovią, na których meldowali się fani Wisły. Spotkania Wisły w Lubinie czy Poznaniu z naszą wcale nie symboliczną obecnością. Dwumecz w PP, gdy najpierw Wisła grała w Ząbkach, a później Śląsk w Nowym Dworze Mazowieckim, a jeszcze później miał być dodatkowy mecz z ŁKS-em, ale choć wszyscy byli na miejscach startowych, to łodzianie dali hasło do rozejścia się.
Mecze Wisły w europejskich pucharach na których nie brakowało wrocławskich akcentów, a wrocławianin „K” zaliczył takie wyjazdy, że głowa mała. Za to ostatnio mecze Śląska w Europie, na których jeden z wiślaków zaliczył więcej wyjazdów, niż wielu fanów Śląska.
* Nie ma w tych wspomnieniach wielu sytuacji. Tak my jak i Wisła byliśmy w Chorzowie na meczu barażowym Ruch – Lechia (1988 ?), na którym doszło do zerwania zgody Ruch – Lechia.
O bójce, jaka miała miejsce we wrocławskim domu towarowym PDT, na którą to bójkę nie poszedłem, bo nie chciałem się bić z kolegami. Ani o meczu w któreś Boże Ciało w Krakowie, po którym była zdrowa awantura.
Nie ma o informacjach z wewnętrznego życia Wisły, jakie ostatnimi czasy dochodziły do Wrocławia, a które budziły nasze zdumienie.
Nie ma również o znajomych małżeństwach wrocławsko – krakowskich, zawartych wcale nie dlatego, że się ktoś poznał na wakacjach. Nie ma o haśle z wiślackiej oprawy „Wybitne Kluby Sportowe – Tworzą Sztamy Wyjątkowe”. Ani o tym, że obecnie we Wrocławiu na flagę „Wierność” patrzy się zupełnie inaczej, niż jeszcze kilka tygodni temu. I o takiej osobie z Krakowa, która wymazywała hasło „Śląsk” ze zdjęć, za co została pogoniona przez swoich kolegów.
Nie ma o wyjeździe na Superpuchar na Stadion Narodowy, do którego nie doszło.
Ale będzie opis sytuacji, której nie umiem wytłumaczyć.
Spotykam znajomka. Kilka dni temu.
– Mnie nie musisz niczego tłumaczyć. Swoje przeżyłem. A co ja mam powiedzieć 17-letniemu synowi, który się wychował na zgodzie z Wisłą?
Myślałem o tym długo. Chłopak ma 17 lat, czyli gdy się urodził, to zgoda z Wisłą trwała od kilku lat. Dla niego to tak, jakby dla nas po obudzeniu okazało się, że powietrze zamiast przeźroczyste jest pomarańczowe.
Roman Zieliński, fot. antykwariat.sportowy.pl, Janusz Kot, ziolo.eu,
