Mecz kadry PZPN z Ormianami skończył się w najlepszy z możliwych sposobów! Najlepszy! Po zwycięstwie wyrwanym dzięki ostatniemu dotknięciu piłki w spotkaniu wszyscy są zadowoleni. Ba, wręcz szczęśliwi!
Kto by się jarał tym spotkaniem, gdyby mecz zakończył się wynikiem 4-0? Nikt. A gdyby było 2-1, ale bramka dająca wygraną padła pół godziny przed końcem? Też nikt. Więcej, wszyscy byliby wściekli. A tak mamy radochę wśród pikoli, radochę wśród dziennikarzy, radochę na ławie rezerwowych, radochę na trybunach, radochę przed telewizorami, radochę w PZPN-ie i kij wie gdzie jeszcze.
Radochę PZPN-u mąci inny fakt. Już było tak fajnie, na spotkaniach kadry popkornożercy zapełniali wszystkie miejsca wolne miejsca, a tu na spotkaniu o punkty przylazło o 10 tysięcy pikoli za mało. Od spodziewanego zysku trzeba odjąć 10 tysięcy razy cena biletu… ale wtopa. I jeszcze ten wizerunkowy kłopot: okazuje się, że na mecze z leszczami w środku tygodnia przy pogodzie nie zachęcającej do przebywania na świeżym powietrzu i na dodatek przy drugim meczu na tym samym stadionie w przeciągu zaledwie paru dni pikole jednak nie wypełniają stadionu.
Na dodatek ci, którzy byli, atmosferą zauroczeni to na pewno nie są. Zresztą generalnie na meczach kadry PZPN nie ma atmosfery, ale dotychczas były przynajmniej komplety, tymczasem teraz było bez atmosfery i do tego były łysiny na górnych sektorach.
I to jest dla PZPN-u łyżką dziegciu w tej beczce biało -czerwonego miodu.
RZ, rys. Kibole.pl
Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl