Trener Romuald Szukiełowicz skończył się dla mnie, zanim jeszcze wskoczył na stanowisko szkoleniowca, gdzieś pod koniec listopada ubiegłego roku. Miałem wówczas polewkę z tego, co pitolili nasi piłkarze, którzy się użalali się nad „popalonymi mięśniami”. Szukieła spotkałem przypadkiem w galerii „Arkady” i zamieniliśmy kilka zdań na temat ówczesnej sytuacji Śląska. Nasza krótka rozmowa szybko przeszła na problem owych „popalonych mięśni”. Szukieł uważał, że Biliński i spółka mieli rację.
No to ja już miałem ubaw, bo z czego jak z czego, ale z żelaznej kondycji opartej na wysiłku na treningach znany jest warsztat trenerski szkoleniowca.
Zatem gdy niedługo później Szukiełowicz został trenerem WKS-u czekałem na kolejny etap skarg na „popalone mięśnie”. Tym bardziej, że obóz przygotowawczy w Zakopanem udowodnił, że w kwestii metod szkoleniowych u Szukiełowicza wiele się nie zmieniło.
Trener znany jest też z tego, że potrafi budować atmosferę.
– Jak się pogada z tym gościem, to ma się wrażenie, że zaraz można góry przenosić – tak stwierdził po jednej z rozmów mobilizacyjnych Ryszard Tarasiewicz, gdy był zawodnikiem Śląska trenowanego wówczas przez Szukieła, na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wtedy „pompowanie ego” wystarczało na dłużej. Później, gdy Szukiełowicz był w Lechii Gdańsk, Odrze Opole czy Górniku Polkowice to pompowanie wpływało na graczy na coraz krócej.
Ale mimo wszystko po meczu w Gdańsku, który Śląsk pod okiem Grzegorza Kowalskiego sobie przespacerował, uważałem że drużyną trzeba wstrząsnąć. I na krótką metę Szukieł mógł być dobry. Pozostawało pytanie – jak krótką metę.
Magia trwała trzy mecze. Biorąc pod uwagę fakt, że w międzyczasie mieliśmy półtoramiesięczną przerwę – całkiem sporo. Ale wrodzona złośliwość kazała zadać pytanie, czy po porażce w Białymstoku fart się skończył definitywnie. Złośliwie, bo paradoksalnie mecz z Jagiellonią był to najlepszy występ Śląska od spotkania z Górnikiem w Łęcznej, który to został rozegrany jeszcze w czasie wakacji.
Niestety, coś, co miało być złośliwym żartem stało się rzeczywistością.
Właśnie mamy koniec etapu Szukiełowicza w Śląsku. Chyba nie będzie pomyłki przy stwierdzeniu, że Szukieł w Śląsku zawalił swoją ostatnią w życiu szansę na wskoczenie do trenerskiej karuzeli najlepiej opłacanego cyrku. Teraz definitywnie zostanie mu zabawa w cyrkach pomniejszych, okręgowych czy jakichś takich. Lecz to już problem samego szkoleniowca, nasz jest inny.
Dla nas jest istotne, jak zmobilizować naszych grajków do walki. Bez jęczenia o popalonych mięśniach, bez pitolenia o dobrej grze w przegranych pojedynkach, bez ustawicznego powielania zgranej płyty o konieczności wyciągnięcia wniosków z kolejnej porażki.
Roman Zieliński, fot. wroclawianie.info
Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl
