Dla wszystkich, dla których mecz kadry PZPN z Ukraińcami jest jakimś „przyjacielskim spotkaniem” czy „meczem bez większego znaczenia” przypominamy pewne zdarzenie, które rozegrało się na Waszych oczach, o którym już zapomnieliście, a które powinno wszystkim ukrainolubnym otworzyć oczy.
4 września 2010 roku. Na stadionie Widzewa w Łodzi towarzyski mecz z Ukraińcami. Och, jakie miłe spotkanie, wszakże za niedługo odbędzie się wspólnie organizowana impreza pod tytułem ME 2012, którą to za ukraińską łapówkę załatwił szef ukraińskiego futbolu, Hryhorij Surkis.
Poklepywaniom po plecach nie byłoby końca, gdyby nie „drobiazg”. Na polskim stadionie zawisła flaga w polskich barwach z napisem „Lwów”.Hryhorij sczerwieniał na twarzy i stwierdził, że jeśli flaga nie zniknie, to meczu nie będzie. No i ochroniarz zerwał tę flagę (moment w którym ją ściąga widoczny jest na zdjęciu).
Ukrainiec nie widzi kompromisów i „nie ma przebacz” dla polskiej nazwy w polskich barwach polskiego miasta, które obecnie przynależy do Ukrainy.
Tymczasem jacyś konfidenci zasiadający na urzędach w polskim mieście, którym płącą polscy podatnicy chcą nazywać Wrocław „Breslau”.
Ukrainiec, z naszego, polskiego punktu widzenia to sk…l. I tak musimy go oceniać, bo dla nas najważniejszy jest interes Polski. Jednak na odległość widać, że dla gościa interes jego kraju jest najistotniejszy.
Jak nazwać z tego samego, naszego, polskiego punktu widzenia osobnika, który „chce promować Wrocław poprzez nazywanie go po niemiecku”?
Zdracja?
Roman Zieliński, fot. nacjonalista.pl
Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl
