Jak już o śmierci – najpierw na inny temat. Pogrzeb naszego kolegi, Wojtka Rożko, odbędzie się w sobotę 21 maja o godzinie 12:30 na cmentarzu na Klecinie przy ul. Zabrodzkiej. Dojazd autobusami 133 lub 107.
Wrocław żyje śmiercią młodego chłopaka, który życie stracił na komendzie przy ulicy Trzemeskiej.
Chłopakowi życia nie zwróci już nic. To dramat dla rodziny i najbliższych. Miejmy nadzieję, że ten przypadek spowoduje, że jednak w policji dojdzie do istotniejszych zmian. Strukturalnych, organizacyjnych, a przede wszystkim – mentalnych. „Jednak”, bo nowy komendant główny, pełniący tę funkcję od miesiąca, Jarosław Szymczyk, w pierwszych swoich publicznych wypowiedziach stwierdził, że nie należy się spodziewać zmian w podległej mu służbie.
To w zasadzie powinno go natychmiast dyskwalifikować. Bo że policja jest uzależniona od sieci powiązań wiedzą wszyscy interesujący się tematem. Do tego posiada w swoich szeregach idiotów, takich którzy potrafią skatować zatrzymywanego, co udowadniają ostatnie wydarzenia we Wrocławiu czy w Białymstoku.
Torba na głowie
Jeden z moich kolegów, który aniołkiem nie jest, opowiedział historię, w którą bym nie uwierzył, gdybym gościa nie znał od lat naprawdę wielu, i jego dowcipy wyczuwam na odległość. Koleżka jest przebiegły, zatem nawet jeśli trafia na stróżów prawa, to niemal zawsze się wykpi. Co czasem mundurowych doprowadza do wściekłości. Kiedyś został zawleczony na komendę i tam go podduszali. Workiem foliowym na głowie. Takie „niewinne” tortury.
I tak nic nie powiedział. A że święty nie jest, to rabanu wokół wydarzenia nie robił.
Gdyby to był przypadek odosobniony… We wrocławskim półświatku podobnych opowieści nasłuchałem się znacznie więcej.
Wielu trudno będzie uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się „w demokratycznym kraju”?
I tak jest grzecznie
Teraz to już w ogóle zabrzmiało groteskowo. Bo przypadki, jak opisany powyżej, zdarzają się w całej Polsce jednak nie stanowią normy. A warto się cofnąć o 20 lat do nocy z 15 na 16 marca 1996 roku i przypomnieć sobie wydarzenia z „Reduty”.
Haraczowcy
Wówczas policyjna banda napadła na lokal znajdujący się na wrocławskim Wzgórzu Partyzantów. Działali na polecenie… przełożonych. A w tuszowanie sprawy był zaangażowany sam komendant wojewódzki Piotr Anioła, który przyłapanym na tym „wjeździe” antyterrorystom dawał „oficerskie słowo honoru”, że żadnej sprawy nie będzie.
O co chodziło w tym najściu na knajpę? Problem był taki, że wówczas wszyscy wrocławscy restauratorzy płacili haracze. Komu? Ano tym, którzy po nie przychodzili. Ale w jednym przypadku właściciele haraczu płacić nie zamierzali. Bo sami żyli niezbyt zgodnie z prawem. A że świat powiązań między gangsterami a policjantami był złożony, zatem właściciele doszli do wniosku, że niech sobie antyterroryści, których doskonale znają, bo razem boksują w Gwardii, pobierają „opłaty za ochronę”, ale u innych. Oni sami doskonale poradzą sobie z awanturującymi się drobnymi pijaczkami.
Doszło do bijatyki, podczas której milicjanci dostali łomot, czterech złapano, nagrano ich na kamery, a materiał z bijatyki oraz z twarzówkami złapanych puszczono w media.
Napad na „Redutę” spowodował rozwiązanie wrocławskiej kompanii antyterrorystycznej, a także zmianę komendanta wojewódzkiego policji we Wrocławiu. Teraz takich powiązań między mundurowymi na wysokich stołkach, a zwykłymi haraczowacami w służbie już nie ma. Jednak wciąż policja tuszuje to, co nawywijają funkcjonariusze.
10 stycznia 1998 roku w Słupsku policyjny psychol, Dariusz Wożniak tak się zdenerwował na tłum przechodzący na czerwonym świetle, że wybiegł z „suki” i przywalił 13-letniemu Przemkowi Czai pałką w głową. Chłopak stracił życie. Według mundurowych „nic się nie stało” i gdyby nie zamieszki, jakie wybuchły po zdarzeniu, to nigdy by nie doszło do ujawnienia, że wcale nie takim szeregowym funkcjonariuszem jest psychol.
Teraz nie jest lepiej
7 maja 2015. Zabójstwo 28-letniego kibica w Knurowie.
10 kwietnia 2016. Podczas zatrzymania 34-latka zabito chłopa na balkonie jego własnego domu.
Śmierć 25-letniego Igora we Wrocławiu być może będzie impulsem do zmian w policji.
Wzajemna zależność
Przykładów na to, że policja jest uwikłana można mnożyć. Wrocławski przykład jest wręcz wzorcowy. Tu funkcjonariusze działają bezprawnie „na prośbę” prezydenta miasta. Gorzej – później sądy bardzo pilnują, by te powiązania nie wyszły. Mimo szczerych chęci adwokatów nie dało się ustalić, kto wydał decyzję o przygotowaniu do wkroczenia i samego wejścia policji na salę Uniwersytetu Wrocławskiego podczas hołubienia tam przez Dutkiewicza zbrodniarza komunistycznego imć Baumana. Choć wiedzą poliszynela jest to, że za decyzją stał prezydent miasta. Także podczas kończącego się właśnie procesu trzymających antydutkiewiczowy transparent policjanci podczas rozpraw nagle zapominają kto im wydawał rozkazy. Co więcej, jeden zapomniał, że sam był dowódcą…
Oczywiście błahe z punktu widzenia odpowiedzialności „przestępstwa” z Baumanem w tle, w porównaniu do śmierci 25-latka nie są najlepszym porównaniem. Ale obrazują to, że władze miasta mają parasol ochronny wśród funkcjonariuszy.
Działa to także w drugą stronę. Policja może liczyć na wyrozumiałość lokalnych władz, gdy coś dobaboli.
Jeśli ktoś myśli, że nie działa to na wyższych szczeblach władzy i nie dotyczy wielkich pieniędzy, olbrzymich kontraktów, fantastycznych malwersacji, to jest naiwniakiem.
Jeśli się tego układu nie rozbije, to banda w białych kołnierzykach dalej będzie się obstawiać bandą w mundurach. A bandyci w mundurach będą mieli obstawę gdy będą łamać prawo, które powinni chronić.
Roman Zieliński, fot. malopolanin.pl
