Różnica między zbiorem przypadkowych ludzi a „ekipą” lub „załogą” w rozumieniu sekciarskim, to znaczy z bandą dobrych kolegów jest taka, że z kolegami da się zrobić więcej, lepiej, skuteczniej. Przypadkowi robią wszystko wyłącznie pod siebie, w „ekipie” towarzystwo naprawia błędy kolegów nawet wówczas, gdy to nie leży w obowiązku naprawiaczy.
Kto tego nie rozumie, niech skończy czytanie na tym akapicie. Bo nie chwyci reszty treści.
Śląsk ku samozagładzie
Drużyna piłkarska Śląska jak i klub Śląsk staczają się po równi pochyłej. Klub to modelowy przykład, jak można spieprzyć wszystko w ciągu zaledwie trzech lat. W 2012 roku dostaliśmy prezent od losu, jakiego żaden klub w Polsce, a i być może żaden na świecie nie dostanie już nigdy. Z klubu III-ligowego w przeciągu 5 lat Śląsk stał się mistrzem Polski, w tym samym czasie wybudowano mu nowy, najdroższy na świecie w swojej klasie stadion, którego powstawanie z uwagi na turniej EURO 2012 było jednym z dyżurnych tematów mediów głównego nurtu. Przed klubem Śląsk życie wyłożyło czerwone dywany. Jakimi trzeba było być patałachami, żeby taki potencjał zmarnować, to trzeba by całą rozprawę doktorską napisać. We Wrocławiu się udało. Trzy lata po mistrzostwie po pustych trybunach stadionu hula wiatr.
Drużyna, której nie ma
Do sytuacji w klubie jeszcze wrócimy. Teraz na tapet weźmy drużynę.
Jej najzwyczajniej nie ma.
Co z tego, że mamy kontrakty z kilkudziesięcioma zawodnikami, skoro to zlepek ludzi, którym kompletnie nie zależy na zespole. Kategoriami drużyny jako wartości to może Dankowski myśli (choć już w innym aspekcie życiowo – piłkarskim, czyli z samodyscypliną to u niego krucho).
Reszta ma wywalone. Tu uwaga – poprzednie zdanie to nie jest ocena umiejętności piłkarskich ani zaangażowania w to, co się dzieje na boisku, ale w budowanie więzi międzyludzkich i to takich, dla których priorytetem jest stworzenie drużyny piłkarskiej. Bo jakieś tam podgrupki rozrywkowo – bankietowe to w Śląsku są.
A zespołu nie ma. I zakładając, że nie cię nie zmieni – długo nie będzie.
Nie ma wodza w ekipie. Ani szefa piłkarskiego na boisku, co to potrafi zmobilizować bractwo w trudnych chwilach, ani takiego magika, który potrafi brylować w towarzystwie poza boiskiem.
Trener nie jest dobrym motywatorem, przynajmniej mając do dyspozycji taki skład będący karykaturą Wieży Babel.
Na dodatek umiejętności znakomitej większości piłkarzy Śląska są powiedzmy oględnie – bardzo średnie. Jak już Morioka coś potrafi, to facet znajduje się na etapie „gram dla siebie”. Jak Pawelec chce grać, to reszta patrzy „a niech haruje, jego problem”.
Jeśli jest prawdą to, że po meczu z Termaliką w szatani nikt nawet jednym słowem nie opierniczył Pawełka za babola (wiadomość jednoźródłowa – niezweryfikowana), to by oznaczało, że w tej ekipie nie ma już nic. Kompletnie nic. Żadnych więzi, żadnych pragnień, żadnych motywacji.
Co jest? Trening – bo to warunki kontraktu. Mecz trzeba odrobić, bo ludzie patrzą. Wypłata jest jedyną istotną więzią łączącą grajków z klubem. Innych elementów wspólnych dla tych ludzi nie ma.
To obraz katastrofy z jaką mamy do czynienia w szatni.
Komu zależy na klubie?
Odwrotnie. Najpierw lista tych, którzy „pracują dla Śląska”, a równie dobrze mogliby pracować w firmie telefonicznej lub transportowej.
Główny pracodawca – kapuś Dutkiewicz. Dla niego Śląsk to przykre wspomnienie własnych, megalomańskich pomysłów. Byłby szczęśliwy, gdyby się go pozbył, ale nie ma jak zrobić tego w ten sposób, by dalej ciągnąć zyski i nie mieć go na plecach.
Włodzimierz Patalas – ten to Śląsk nawet lubi. Oczywiście nie dlatego, że to Śląsk. Uwił sobie chłop gniazdko, że tylko mu pozazdrościć.
Paweł Żelem. Prezes liże zad wszystkim, którzy dysponują pieniędzmi. Był Schetyna, lizanko robił Grzesiowi. Później robił za szpiega Kuchara. Miał być Han… ojojoj, jaki to fantastyczny gość. Dutkiewicz zrobił Hana w h…, to się pogadało z kim trzeba i na mieście pojawiły się odpowiednie transparenty.
O ile Dutkiewicz to kapuś formalny, pisze donosy na prokuraturę, to Żelem jest kapusiem mentalnym. Donosi wszędzie na wszystkich. Z takim budować cokolwiek to strata czasu i energii. Dla takich osobników nie liczy się dzieło wspólne, lecz zapewnienie własnych profitów.
W co gra trener Mariusz Rumak tego chyba nie wie on sam.
Owszem, jeśli chce się panować nad zespołem, to czasem trzeba z niego usunąć elementy, które mu w tym przeszkadzają.Nawet jeśli są wybitnymi fachowcami. Bo co z tego, że mistrz, skoro rozbija zespół?
Trener powinien rozróżniać kto jest mistrzem, a kto rzemieślnikiem.
Zatem z Mariuszem Rumakiem jest coś nie tak. Skoro wpłynął na pozbycie się Abramowicza i Bartkowiaka, czyli piłkarzy coś potrafiących, to znaczy, że powinien osiągnąć cel panowania nad szatnią. A efektu nie widać.
Pozbywać się grajków dających szansę na lepszą grę i nie osiągnąć w zamian nic? Coś tu nie gra.
Rumak nie jest wodzem. Ani w szatni, ani poza nią. Nie wykreował takiego w zespole. Czy jest dobrym szkoleniowcem – zdania są rozbieżne, ale to nie ten temat. Natomiast na pewno nie jest gościem od budowania atmosfery, a ze Śląskiem wiąże go jedynie kontrakt.
Wyżej wymienieni panowie Śląsk traktują obojętnie. Sami również nie stanowią jakiejś wspólnoty. I nie dążą do jej powstania.
Na uboczu zostały dwa inne nazwiska. Dyrektor sportowy, Wojciech Błoński i szef marketingu Radosław Bąk. Jeśli chodzi o przywiązanie do klubu to w tych przypadkach zarzucić niczego nie można. Natomiast co do Błońskiego. Z całym szacunkiem, ale stanowisko dyrektora sportowego to kpina.
Dyrektorem sportowym musi być osoba, która osobiście potrafi zweryfikować potencjał piłkarza. Takimi ludźmi we Wrocławiu są m. in. Roman Masztalerz czy Ryszard Paluszek. Sportowa przeszłość Błońskiego wcale nie jest równoznaczna z umiejętnością wyłapywania talentów. Dla przykładu – największym obciachem polskiego futbolu jest były reprezentant Polski Mirosław Trzeciak, który kilka lat temu pogonił z Legii Roberta Lewandowskiego twierdząc, że takich jak on to mają na pęczki.
Podsumowanie
Od roku Śląsk się stacza. Mentalnie, organizacyjnie, wizerunkowo. Finansowo stacza się znacznie dłużej. Na dodatek został dopadnięty przez ekipę drobnych dorobkiewiczów. Jeśli nic się nie zmieni i geszefciarze dalej będą nadawać kierunek „rozwoju”, to kurs ku drugiej lidze będzie krótszy, niż nam wszystkim się wydaje. A jeśli nie nastąpią zmian generalne, to na kolejne sukcesy, jakiekolwiek, znów przyjdzie nam poczekać nie wiadomo ile lat.
Wszyscy, którzy twierdzą, że jest inaczej, robią dobrą minę wisząc nad przepaścią.
Roman Zieliński, fot. repostuj.pl
Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl