W zasadzie powinien to być tekst podsumowujący sezon 2015/16 w wykonaniu Śląska. O wyprzedaży bez opamiętania, o ścinaniu kosztów, o wkładach do koszulek, które doszły do wniosku, że się przepracowały i płakały nad własnymi, przepalonymi mięśniami, o pechu, takim jak w Niecieczy, o obsadzie bramki, która udowodniła, że młodzież z naszego podwórka wcale nie jest gorsza od zaciągów z zewnątrz, o strachu przed zmianami, które spowodowały pozbycie się trenera Szukiełowicza, o nieudanym eksperymencie z innym trenerem – Grzegorzem Kowalskim, o wyrzuceniu chłopa, dzięki któremu Śląsk nie miał zawodników z kontuzjami…
Ale może jeszcze się komuś na ten temat będzie chciało pisać. Bo jakoś tak niżej podpisanemu podczas retrospekcji przyszła myśl o tym, jak to nasz klub spartolił to, co dostał ostatnio od losu.
Już nikt nigdy nie dostanie takiej szansy od losu, jaką dostał Śląsk. W Polsce takiego przypadku nie będzie na sto procent. A najprawdopodobniej nic podobnego nie zdarzy się na ziemskim globie.
Czerwone dywanyPrzypomnijmy sobie w jakich okolicznościach cztery lata temu Śląsk zdobył mistrzostwo Polski. Klub z wieloletnimi tradycjami zdobywa po raz drugi tytuł najlepszej drużyny w kraju po 35 latach. Do tego dzieje się to w chwili, w której do użytku jest oddawany nowiuteńki stadion – na dodatek najdroższy w swojej klasie na świecie. Budowa obiektu jest sprawą narodową, gdyż jest on oddawany na właśnie rozpoczynające się w Polsce mistrzostwa Europy. Czyli na pierwszą tej rangi sportową imprezę w naszym kraju.
Czy kiedykolwiek ktokolwiek dostanie taką szanasę od losu? Mistrzostwo kraju dwa pokolenia po poprzednim tytule w roku, w którym klub ma możliwość przeprowadzki na nowy, wielki obiekt, na dodatek w roku napędzania futbolowej histerii?
Czerwoni ludzie
Wrocław jest jednak miastem specyficznym, w którym można spierniczyć wszystko. Minęły zaledwie cztery lata, a po tamtym podarunku od losu nie pozostało nic. No, pozostał stadion. Co prawda „niezniszczalna” powłoka już ma dziurę, co prawda stadion wciąż ie jest wykończony, ale jednak jest zrobiony na tyle, że mogą się na nim odbywać zawody najwyższej rangi.
W pierwszej chwili wszystko grało. Mecze Śląska zmierzającego po mistrzostwo jesieni 2011 obejrzały komplety widzów. Ale później było już tylko gorzej.
Frekwencja co prawda była wysoka, lecz systematycznie powoli spadała. Nic dziwnego, sposób dystrybucji biletów był taki, że aby obejrzeć 90 minut meczu, trzeba było nieraz stać po wejściówki 2 godziny.Niektórzy stali, stali, a i tak na mecz nie weszli. Podczas spotkań z Jagiellonią i Zagłębiem Lubin w ostatnich meczach na Pilczycach sezonu mistrzowskiego co najmniej po półtora tysiąca osób odeszło spod kas z niczym. Ciekawe, ile z tych osób przyszło później na jakikolwiek mecz Śląska?
Myślenie „jakoś to będzie” w sprzedaży kart wstępu zebrało swoje żniwo. Myślenie, że reklamować nie trzeba, bo wszystko idzie zgodnie z planem też zrobiło swoje.
Spierniczono wszystko.
Swoją cegiełkę dołożyli piłkarze. Co prawda pierwszy mecz z pełną publiką na nowym obiekcie wygrali (inauguracyjny z Lechią), lecz kolejne mecze, na które udało się ściągnąć komplety okazały się porażkami (z Wisłą), lub sportowymi katastrofami (0-4 z Legią, 0-2 z Legią w finale PP, 0-5 z Sevillą, 0-3 z Borussią).
Cztery lata po tym, jak przed Śląskiem leżały czerwone dywany, dzięki czerwonym ludziom szwędającym się wokół klubu mamy to co mamy. W walce o utrzymanie udało się zdobyć wicemistrzostwo grupy futbolowych leszczy. I teraz przed nami rysuje się perspektywa w raczej czarnych barwach.
Roman Zieliński, rys. pixabay.com
Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl
