Są chwile trudne i chwile szczęścia. Czasem to te same chwile – dla jednych tragiczne, dla innych momenty dla których chce się żyć.
W 1953 roku takim dniem był 5 marca, gdy zdechło ścierwo za życia nazywające się Dżugaszwili, lecz lepiej znane jako Stalin. Niejeden aparatczyk faktycznie uronił łzę za ścierwem owym, lecz dla znakomitej większości Polaków był to moment szczęścia.
Teraz w niebyt odchodzi ścierwo inne. Takie, które w Polsce i tej komunistycznej, i tej ponoć już wolnej, reprezentowało interesy zgoła niepolskie.
Będą nam zarzucać bezduszność. Będą mówić, że o zmarłych dobrze, albo wcale. A my swoje – gnój był gnojem za życia i gnojem zdechł.
Wielu ma pretensje, że ścierwo odeszło nie rozliczone z Polską i Polakami. Tak, to prawda. Powinno zawisnąć. Możemy mieć pretensje do samych siebie, żeśmy go nie zaprowadzili na szubienicę. Trudno, teraz już za późno. Choć są jeszcze jego poplecznicy i – miejmy nadzieję – jest siła polityczna, która zechce ich rozliczyć za antypolską działalność.
Mimo, że poprawność polityczna, ale i spojrzenie katolickie mówi „teraz już można wybaczyć”, to ulica twierdzi za wieszczem: „Zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem, a choćby mimo Boga…”
Roman Zieliński, fot. wroclawianie.info
Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl
