Z wielką fetą przyjmowano Śląsk w Lublinie podczas zorganizowanego przy okazji przerwy w sezonie spotkania towarzyskiego. Ostatni raz w tym przyjaznym Wrocławiowi mieście Śląsk zagrał wiosną 2008 roku. Tym razem areną zmagań podczas sparingu był oddany kilka miesięcy temu nowy stadion.
Fakt do wyjazdu do lubianego przez nas Lublina przyciągnął kilka osób, które już dawno nie były na żadnym wyjeździe. Ponadto elementem napędzającym wrocławską frekwencję było to, że na mecze wyjazdowe Śląska do końca roku będzie trudno się wyrwać z uwagi na ciążący na nas zakaz podróżowania na mecze WKS-u.
Jazda
Pociągiem jechało 250-300 osób. Spora grupa nastawiona imprezowo. Dla części imprezka przekształciła się w patolkę. Doszło do tego, że jakiś nieogar ryknął „jesteśmy zawsze tam, gdzie nasz (tu nazwa jednego ze skonfliktowanych ze Śląskiem klubów, choć fakt, że nie jest to żaden „topowy” rywal). Na tyle chyba jednak był trzeźwy, że próba odnalezienia go wśród ewentualnych winowajców spaliła na panewce. Co po części dobrze świadczy o otoczeniu, że go nie wydało, ale źle, gdyż sami powinni go sprowadzić do rzeczywistości.
Oczywiście miało też miejsce napinanie zza szyb.
Organizacja meczu
Organizacyjnie miejscowi (czyli głównie kibice, którzy byli inicjatorami i motorem napędowym całej akcji) zrobili wszystko, by było z pompą. Już sam fakt wyklejenia miasta rzucającymi się w oczy plakatami robił wrażenie wydarzenia.
Niestety organizatorom dwie rzeczy zrobiły, że nie dane było się całą imprezą nacieszyć.
Na pierwszą wpływu nie było. Temperatura. Przenikliwy ziąb nigdy nie jest elementem „robiącym atmosferę” na imprezach w plenerze.
Druga rzecz była chyba robiona na złość. Tego samego dnia o tej samej porze w tym samym Lublinie zorganizowano zawody Polska – reszta świata. Ileś tam osób, które mogły się pojawić na Arenie Lublin wybrało zawody na starym stadionie Motoru.
Przed główną atrakcją dnia rozegrano także mecz kibiców zespołów z Wrocławia i Lublina a także pojedynek oldbojów.
Atmosfera
Tym razem Lublin żył meczem. Na mieście widocznych wielu ludzi w barwach. Tak żółtych jak i zielonych.
Pierwsi wrocławianie docierali już w czwartek. Wiele osób potraktowało ten wyjazd jako rodzinną wycieczkę. Z żonami i dziećmi. Najmłodszy dopiero co nauczył się chodzić.Dla całkiem sporej liczby sympatyków WKS-u był to jeden z pierwszych wyjazdów w życiu. Zatem nie dziwota, że niektórzy zachowywali się jak japońscy turyści strzelając sobie fotki tak na mieście jak i wokół stadionu i na samym stadionie. Kilka osób postanowiło sobie spod lubelskiego Zamku pojechać na mecz… meleksem. Zamiast opowieści o historii miasta było chóralne śpiewanie. Także przez meleksowe głośniki.
Mecz na boisku
Od strony sportowej towarzyski charakter potyczki podkreślił fakt, że oba zespoły dokonały po 7 zmian w składzie.
Śląsk pewnie się zdziwił, i to poważnie. Bo grający trzy klasy rozgrywkowe niżej przeciwnik wcale nie ustępował naszym orłom w wybieganiu, różnica w piłkarskim kunszcie wcale nie była aż tak widoczna, a jeśli chodzi o ambicję to gospodarze byli wyraźnie bardziej zmotywowani.
– Z całym szacunkiem dla miejscowych, ale gdy się gra z przedstawicielem 4 ligi to zespół taki jak Śląsk powinien przyjechać, strzelić 5 goli i pozamiatać po sobie – stwierdził jeden z naszych kolegów sumując to, co widział na placu gry.
Warty uwagi jest debiut w poważniejszym meczu bramkarza Abramowicza i 45 minut jakie rozegrał Idzik (zdobył nieuznanego gola).
Ostatecznie Śląsk pokonał gospodarzy 2-0 po golach Flavio i Bartkowiaka.Mecz na trybunach
Pierwszego gola dla Śląska niemal nikt nie widział, gdyż właśnie odpalano piro i znacznie bardziej niż tym, co się dzieje na boisku interesowano się trybunami. A tam odbywało się racowisko.
Oprócz tego miała miejsce oprawa lubelsko – wrocławska zrobiona wysiłkiem gospodarzy. Doping wspólny z gniazda. Tu ciekawostka: w pierwszej połowie bębnami dowodziła dziewczyna.Kilka dymów na stadionie miały miejsce. Jak to czasem bywa – między swoimi, ale i przepychanki z ochroniarzami również miały miejsce. Głównie, gdy ci co zasiedli na teoretycznie lepszej, droższej trybunie postanowili iść na znacznie żywszy sektor znajdujący się za bramką.
Flagi Śląska, które zawisły na stadionie to: Nabojka, Łaziory, Trójkąt, Orła Znak i AS.
Ciekawie było po meczu. Piłkarze podeszli pod trybuny. Zawodnicy Śląska byli poddawani presji psychicznej „dajcie koszulki”. Widać było, jak kombinują, by tych koszulek jednak nie dawać. Strach przez konsekwencjami przy „polityce oszczędnościowej” prezesa Żelema dał się wyczuć z odległości trybun.Ilu nas było?
Z ponad 6-tysięcznej frekwencji jakieś 500 osób z Wrocławia. Policzyć nie sposób, gdyż do ponad 300 biletów, które zeszły we Wrocławiu trzeba dołożyć bliżej nie określoną, choć długą listę osób, jakie wolały wspomóc finansowo ziomali z Lublina.
Bardzo sprężyły się na ten wyjazd Milicz i Oleśnica. Odpowiednio 35 i 32 osoby z tych dwóch fanklubów zawitało w Lublinie.
Powroty
Zacznijmy od tego, że uściślając pewien szczegół do tej relacji 24 godziny po ostatnim gwizdku arbitra telefon odebrał wrocławski uczestnik wyprawy, który w dalszym ciągu zabawiał w Lublinie. To chyba najlepiej oddaje charakter tego wyjazdu.
Jedna z ekip wracająca pociągiem zaliczyła dym w Radomiu. Zaczęło się od nieporozumienia z konduktorem. Kilka osób (trzy do pięciu) zaliczyło w tym mieście przymusową przerwę w podróży.
RZ, M-M, DŁ, D, Kalif, fot. B&B, BK, M.Kaczanowski
PS Już do nas dotarło sprostowanie, że najmłodszy uczestnik wyprawy do Lublina miał 2 miesiące. A zgłosiła się też mama takiego, który na świat przyjdzie za jakieś półtora miesiąca.
