Spieprzyć można wszystko. Jak pokazała akcja Flavio – Kiełb nawet najprostsze sytuacje można zawalić.
Można nawet zawalić tak prostą rzecz, jak zmiana trenera. Aby była skuteczna, musi być zrobiona „z bomby”. Wówczas to na zawodnikach owocuje wstrząsem. W Śląsku zastosowano wariant pełzający, najpierw „dołączono do sztabu szkoleniowego” Darka Sztylkę, później dołożono mu Grzegorza Kowalskiego. W międzyczasie robi się plakaty zapraszające na mecz z twarzą Sztylki (wisiały takie w tramwajach) oraz zwalnia dotychczasowy sztab szkoleniowy wcześniejszego trenera. A na koniec ogłasza się, że trener Pawłowski przechodzi na urlop.
Piłkarze mieli czas na „dostosowanie się” do zmieniającej się rzeczywistości.
Teraz się pryszczaty prezes Żelem zdziwi, jak doskonale się dostosowali.
W ich, grajków życiu zmieni się niewiele. No, może na początku Grajciar nie będzie tak bardzo leciał w h…, jak to robić potrafi. Tak, to on robi za nieformalnego przywódcę stada. Ale o tym chyba Kowalski wie.
To, co się według piłkarzy miało zmienić, to już się zmieniło. Nie ma Marka Świdra i nie ma męczących z nim treningów, zatem luzik.
Teraz pewnie nie będzie strajków przeciwko trenerowi, jakie miały miejsce podczas meczów w Chorzowie i w Krakowie na Cracovii. Ale za nowego szkoleniowca, do którego już zdążyli przyzwyczaić, umierać nie będą mieli zamiaru.
Może w Gdańsku będą biegać nieco więcej i nieco szybciej niż w Niecieczy, ale to bardziej za swoimi kontraktami.
Natomiast celności podań to się do niedzieli orły nie nauczą na pewno.
Winnym tak powolnej zmiany szkoleniowca jest oczywiście prezes Żelem, który nie ma odwagi stawiać na swoim. Nie lubi się narażać, bo wie, że najbliższe otoczenie dokładnie wie, jaki to on jest „kompetentny”, a wkurzony trener czy zawodnik może wiele o tychże „kompetencjach” powiedzieć publicznie.
Do trzech razy sztuka?
Grzesiek Kowalski trenerem Śląska był już dwukrotnie. Raz rozstał się z posadą po meczu z Górnikiem Konin, noszącym wówczas nazwę Aluminium. No, nie od razu, ale mecz ten kończył rundę jesienną, zatem było trochę czasu, by we Wrocławiu wylądował Wojciech Łazarek.
To było spotkanie na Oporowskiej, ostatnie w 1998 roku, w podzielonej po raz ostatni na dwie grupy lidze drugiej. Dla kibiców Śląska powinno być pamiętne, gdyż wówczas Wrocław został odwiedzony przez delegację fanów z Opavy*.
Także porażką na Oporowskiej zakończyła się druga trenerska przygoda Kowalskiego ze Śląskiem. O ile wcześniej klub z Konina należał do czołówki, to przegrana z TOR-em Dobrzeń, i to w sytuacji, gdy do przerwy WKS prowadził 1-0, było czymś upokarzającym nie tylko w wymiarze sportowym. Następcą Kowalskiego dwa dni po tym laniu, został Ryszard Tarasiewicz.
Za pierwszym razem gdy Kowalski był szkoleniowcem, celem zespołu z Oporowskiej był awans do I ligi. Za drugim – awans do ligi II. Teraz przed Grzegorzem Kowalskim stoi zadanie utrzymanie Śląska w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Roman Zieliński, Krzysiek M. fot se.pl – widoczny na fotce osobnik co prawda nie pełza, a leży, co prawda nie na Oporowskiej, lecz na podłodze sejmowego hotelu, co prawda nie prezes Żelem, lecz senator Bogdan Pęk, ale jakieś takie skojarzenie…
* A propos gości z Opavy – 6 VI 1998 Śląsk- Chemik Police. Na Oporowskiej gościliśmy 4 kibiców z Opavy. Niezorientowanym przypominamy, pół roku temu przebywaliśmy w Czechach, w Opavie właśnie, gdzie gościliśmy na występach koszykarskich. Nasz występ zaowocował sympatią tamtejszych kibiców do WKS Śląsk…..
Fani z Opavy, zapowiedzieli, że jesienią pojawią się na naszym meczu w kilka aut.
Na tym meczu wisi po raz pierwszy na Oporowskiej mała flaga Opavy przywieziona przez gości z Czech.
KM
Users who have LIKED this post:
