Jest prośba do Czytelników. Jak nie wiesz, czym się różni Śląsk od Barcelony, to nie czytaj tego tekstu. Tracisz czas, bo nie zrozumiesz o co w nim chodzi.
Śląsk jest klubem prowincjonalnym z szansami stania się europejskim średniakiem. To jest nasz szklany sufit właśnie – europejski średniak.
Ale aby być tym europejskim średniakiem trzeba wykorzystać to wszystko, co zesłał nam los. Jak będziemy marnować szanse jakie dało nam życie, to nie tylko nie będziemy średniakiem europejskim, lecz nawet średniakiem w Polsce.
O tym, jak zaprzepaszczono jedyne w historii Polski mistrzostwo kraju z 2012 roku można napisać tomy. Dlaczego jedyne? Bo nikt nigdy jeszcze nie zdobył i już nikt nigdy nie zdobędzie MP podczas oddawania nowego stadionu w przeddzień wielkiej imprezy futbolowej, jaka się odbędzie w Polsce.
W ciągu zaledwie 4 lat z frekwencji niemal 20-tysięcznej spadliśmy do 5 tysięcy widzów. Tu już niczego więcej mówić nie trzeba, to mówi samo za siebie.
Styl porażek z Koroną, w Chorzowie i w Krakowie z Cracovią pokazuje, że zespół to my mamy tylko z nazwy.
Oto winni degrengolady
Wina samych piłkarzy jest tak oczywista, że tej kwestii nie ma co nawet ruszać. Ale to nie są jedyni odpowiedzialni obecnej sytuacji.
Kto jeszcze jest winny, że Śląsk jest tu, gdzie jest, czyli na pograniczu spadku z ligi? Decydenci, czyli ci, którzy dają kasę i ci, którzy nią zarządzają. Wymieniać personalnie? No jazda: Dutkiewicz i Żak (czy tam Solorz), oraz Patalas, konsorcjum (szczebel pośredni), a także Waśniewski i Żelem (wykonawcy).
Przy czym każdy ma swój własny zasób win.Najmniej pretensji do Żaka-Kroka-Solorza i konsorcjum, bo oni kasę dawali (dają) i nie kontrolują (nie kontrolowali) wydatków.
Najwięcej pretensji powinniśmy mieć do duetu „wykonawców”, czyli prezesów. Waśniewski wydawał mamonę bez opamiętania, bo kaska leciała. A tu Grzesiek coś załatwił (Schetyna oczywiście – Tauron chociażby), a tu kręciły się jakieś typki, co to się chciały przypodobać Solorzowi i też nieco monet wpadło na konto. Zamiast główkować, jak tę gotówkę mądrze wydawać, lepiej było grać w pokerka po nocach – oto czym tak naprawdę był zaprzątnięty poprzedni prezes Śląska.
Żelem sprawdził się w jednym – ograniczył wydatki. Szkoda, że na swojej pensji nie oszczędza, ale to już inne zagadnienie.
Jednak polityka oszczędności na drużynie musi się zemścić poziomem sportowym.
Naszym nieszczęściem był transfer Mili. Wiecie dlaczego? Bo przed nim Żelem robił w portki, że zostanie „zjedzony”. Przez media, przez kibiców, przez „właścicieli” (cudzysłów użyty nieprzypadkowo).
Niestety, wszyscy wiedzieli, że Mila osiągnął szczyt swoich możliwości, i że kasa do wyrwania za Milę jest jedyną okazją pozbycia się wysokiego kontraktu, oraz dodatkowo zgarnięcia niemałej kwoty za transfer. Dlatego odejście Sebastiana nie wywołało zamieszek pod budynkiem klubowym ani burzy w mediach. Natomiast Żelem doszedł do wniosku, że „teraz to już może wszystko”. I zaczął gonić wszystko jak leci.
Na jego nieszczęście trafił na zespół, który mimo kolejnych uszczerbków kadrowych zrobił niemożliwe, czyli wepchnął się do pucharów. W mózgu pryszczatego prezesa zaiskrzyło, że „jednak można” wyrzucać kogo się chce, a i tak jakoś to będzie.
No to efekty jego radosnej twórczości właśnie mamy w postaci miejsca w tabeli i wątpliwych perspektyw na najbliższą przyszłość.
Kto nie widzi korelacji między grą drużyny a odejściem Picha, ten nie widzi nic. I nie o same umiejętności skrzydłowego chodzi.
Barcelona nie dla Wrocławia
Jak nie można się stać Realem, to trzeba robić Legię. Ale jak nie ma kasy z zewnątrz na robienie Legii, to już drugiego podobnego klubu robić nie ma sensu.
Dla jasności – chodzi o pieniądze. Jakie budżety mają czołowe ekipy w Hiszpanii? Nieosiągalne dla nas. Natomiast Legia to klub, w który pompowane jest mnóstwo kasy z zewnątrz.Jeśli u siebie nie ma jakiegoś kurka z dopływem gotówki, to jedynym sensownym sposobem na funkcjonowanie jest kształcenie własnego przychówku. Lub ściąganie obiecujących małolatów i promowanie ich. Oraz czekanie na szczęśliwy zbieg okoliczności. Jak Ruch na przestrzeni ostatnich paru sezonów.
O tym, że „robienie Legii”, gdy się nie ma owego zaplecza finansowego, jest na dłuższą metę nieopłacalne, przekonano się w Krakowie, Poznaniu, oraz w Gdańsku. No i we Wrocławiu.
Czym jest gra młodzieżą? Sposobem na istnienie. Długofalowym. Młodzież to nie tylko dobra inwestycja w niewiele kosztującego grajka. To dodatkowy impuls dla kształcenia kolejnych, własnych zawodników.
Mało kto wie, ale sam fakt gry w Śląsku Danielewicza i Wrąbla powoduje, że stadionie przy ul. Lotniczej, gdzie swoje miejsce ma klub Parasol, z którego obaj się wywodzą, powoduje zmianę myślenia całego pokolenia zawodników.
A wiecie, co myślą na południu Dolnego Śląska, gdy widzą Bartkowiaka czy Dankowskiego? Że warto jest trenować, bo można dostać swoją szansę.
Jednak klub na grę młodymi się nie decyduje. Lepiej jest robić podejrzane interesiki z menadżerami jakichś Droppów, Gawiszów, Gecovów, Bambów. To leży w interesie – no właśnie, kto tak naprawdę decyduje o przyjmowaniu tych spadów? Sądząc po tym, jacy ludzie się kręcą wokół Patalasa można mieć pewność, że „prawa rączka Dutkiewicza” nie jest tu bez winy. O tym, że Żelem jest winny jest napisane kilka linijek wyżej.
Na ile polityka wpuszczania do zespołu obcych inwalidów jest zgodna z „linią postępowania klubu”, a na ile umoczeni w nią są kolejni szkoleniowcy (Tarasiewicz, Lenczyk, Levy, Pawłowski)? Taka wiedza nie wyszła jeszcze na światło dzienne. No, może poza faktem, że Lenczyk dawał zarobić swoim znajomym królika przy transferach Mraza i Stevanovića.
Kierunek – dno
Zamiast wykorzystać swoją szansę, Śląsk stacza się po równi pochyłej. Już wiadomo, że w tym sezonie marzeniem jest utrzymanie się. O pierwszej ósemce możemy zapomnieć, trzeba będzie walczyć o pozostanie do 37 kolejki ligowej.
Problem polega na tym, że aby w końcowej klasyfikacji udało się minąć przynajmniej dwóch rywali, już teraz trzeba zrobić jakiś wstrząs w klubie. Albo pobudzić obecny zespół do lepszej gry, albo wymienić znaczną część zawodników. Innej drogi wyjścia z impasu nie ma.
My jeszcze mamy to szczęście, że nie startujemy z pozycji ubiegłorocznego Zawiszy, który tak naprawdę spadek „zapewnił” sobie rundą jesienną. Na razie punkt odbicia mamy stosunkowo dobry. Ale do końca rozgrywek w tym roku Śląsk ma jeszcze:
wyjazd na Legię,
Pogoń Szczecin,
wyjazd na Termalikę
wyjazd do Gdańska
Górnika Łęczna
wyjazd do Bielska-Białej
Zatem na sześć spotkań ligowych aż dwa u siebie i tylko cztery wyjazdowe. Jak sprawdzi się wcale nie najczarniejszy scenariusz z 4-5 punktami, to powoli można zacząć zwijać ligowe manatki.
Czy tego chcemy, czy nie.
Roman Zieliński, fot. se.pl, wroclawianie.info
Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl
