Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl

Jazda do spodu

zjazdTrenera Tadeusza Pawłowskiego poznałem w 1974 roku. On mnie w roku 1982. Po pewnym spotkaniu wyjaśniającym jego fatalne pudło z rzutu karnego w pojedynku z Wisłą (a i wcześniejszego, przestrzelonego karnego w Mielcu) i pewnie miał mnie serdecznie dosyć.
Przyglądałem się mu później. Jakoś tak po ludzku cieszyłem się, kiedy jego syn grał w młodzieżowej reprezentacji Austrii. Gdy został trenerem Śląska w 1992 roku, cieszyłem się, że wreszcie zaczynamy opierać się na ludziach związanych z Oporowską od zawsze.
Jako jedyna osoba z klubu był na pogrzebie „Rolika”, Rolanda Leszczyńskiego, który zginął wracając z meczu z Bełchatowa. Mało tego, na pogrzeb przyszedł w klubowej koszulce. Taki niby niewiele znaczący gest.
Z Tadeuszem Pawłowskim parokrotnie rozmawiałem o piłce. Podoba mi się jego widzenie futbolu. Poza tym jakoś tak przypadł mi do gustu jako człowiek.
I pewnie dlatego od momentu, w którym został ponownie szkoleniowcem na Oporowskiej, nie zrobiłem nic, by z nim porozmawiać. Ze względów etycznych, bo nie będę opierniczać kogoś, komu cokolwiek podpowiadam czy sugeruję rozmawiając jako znajomy. A że przyjdzie czas na porządne opiernicz, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości.
Zresztą – już nadszedł.
Cudotwórca?
Jako trener i psycholog z dobrej strony dał się poznać będąc szkoleniowcem Polaru. Klubem z permanentnym brakiem pieniędzy, z zaległościami w wypłatach sięgających kilkunastu miesięcy. Pawłowski potrafił z tych nie dostających kasy na życie ludzi stworzyć zespół, który wygrywa. Cud natury psychologicznej.
Kiedy przed rokiem zostawał trenerem Śląska nie dawałem mu jednak większych szans na osiągnięcie sukcesu. Zbyt dobrze wiedziałem jakie problemy mamy w zespole. Grupa bankietowa, tumiwisizm, gwiazdorstwo – to te najbardziej znane ówczesne dolegliwości. Niejeden trener połamał sobie na takich rzeczach zęby. Tymczasem Pawłowski wprowadził terapię szokową usuwając ze składu pierwszego zespołu Sebastiana Milę i robiąc kapitanem pozostającego na uboczu „życia jądra drużyny” Marco Paixao.
Szok w drużynie potrwał do końca roku.
Zła passa
Niestety, kolejny rok kalendarzowy rozpoczął się fatalnie. Najpierw zadecydował o tym brak szczęścia. Kontuzja Pawełka, stracony gol w końcówce meczu w Krakowie z Cracovią, mecz życia bramkarza Jagiellonii, niefartowny dwumecz w Pucharze Polski z Legią. Jednak im dalej w las, tym gorzej.
Jaki wpływ na coraz gorszą grę drużyny miały warunki zewnętrzne, takie jak opóźnienia w wypłatach, czy pozwolenie na odejście najlepszych graczy? Na pewno – spore. Ostateczny efekt jest taki, że drużynie (może nie całej, ale kilku jej istotnym elementom) „już się nie chce”.
Szkoleniowiec to zauważył i właśnie zaczął proces naprawczy. Pierwszym jego elementem jest zmiana kapitana.
Element krytyki
I teraz mogę sobie pozwolić na opiernicz dla szkoleniowca.
Otóż już w Łęcznej dostrzegłem w zespole mniejsze zaangażowanie. To po tym spotkaniu powinny się zacząć sankcje.
Trener zbytnio ufa ludziom, zatem w pojedynku z Podbeskidziem postawił na tych samych piłkarzy, a wobec winnych olewatorstwa nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Okazało się, że nie miał racji, gdyż takie postępowanie zostało odebrane jako słabość szkoleniowca. Mecz z Podbeskidziem był dowodem na to, że piłkarzom nie można pobłażać. A widząc niezdecydowanie w ewentualnym wprowadzaniu kar, tydzień później, w Gliwicach, najzwyczajniej polecieli sobie w h…
Jak się zarazy nie wypleni gorącym żelazem, to bakterie będą zarażać resztę organizmu.
Podpowiedź
Jestem pod wrażeniem tego, co potrafi zrobić z piłką Marco Paixao. Rzadko chwalę piłkarzy za umiejętności, ale w tym przypadku spokojnie kładę głowę pod topór – ten facet „robi różnicę”. Nie tylko podczas operowania futbolówką, także umiejętnością wychodzenia na pozycje, ustawiania się pod bramką. Jednak w połowie kwietnia 2015 roku jestem za wyp…wyrzuceniem go z drużyny. Ten zespół potrzebuje szoku, tymczasem chłop mentalnie jest już w innym klubie (Legia?). Może i umiejętnościami by się jeszcze Śląskowi przydał w pozostałych 10 spotkaniach, ale jeśli grajkami WKS-u ma zatrząsnąć, i to tak aby nie mogli spać po nocach, to trzeba wykonać ruch drastyczny. A takim jest usunięcie najlepszego gracza. Sama zmiana raczej kapitana nie jest czymś, co uderzy w mentalność naszych piłkarzy.
Tym bardziej powinno się wypalić tumiwisizm, że nie ryzykujemy już niczym. Znajdujemy się w obłędnym kole. Jak drużyna będzie się snuła po boisku, to w meczach z Lechią, Amiką i Wisłą nie zdobędziemy żadnego punktu. A jeśli nie wykona się jakiegoś drastycznego ruchu, to drużyna będzie się snuła.
Oczywiście trener jest najbliżej zespołu i to on zobaczy, czy zmiana kapitana coś dała, i czy takie pociągnięcie wystarczy. Jednak tu raczej nie chodzi już o drobną mobilizację, lecz o szok. A taki na pewno wywoła odsunięcie od składu meczowego. A jeszcze większy – od pierwszej drużyny.
Roman Zieliński, fot. ekstremalne.pl

				</section>