Artykuły · Fanatik / fanatik.ogicom.pl

Jak przerżnięto PP 2013?

PPDo 2013 roku Śląsk miał stuprocentową skuteczność przy zdobywaniu Pucharu Polski, jeśli tylko wszedł do finału tych rozgrywek. Czyli jak już WKS zagrał ten najważniejszy mecz, to sięgał po trofeum.
W 2013 roku niezbyt długa passa się skończyła. W dwumeczu z Legią Śląsk najpierw przegrał 0-2, by na wyjeździe nie zdołał odrobić strat wygrywając tylko 1-0. Dlaczego tak się stało?
I zaraz część z Was się wnerwi
Najpierw przypomnijmy sobie sytuację z tego 2013 roku. Kto wówczas grał w Śląsku? Składy z meczów finałowych:
Wrocław: R.Gikiewicz, Socha (Ostrowski), Kowalczyk, Wasiluk, Pawelec, Sobota, Kaźmierczak (Ł.Gikiewicz) , Stevanović, Mila, Ćwielong, Murzyn (Cetnarski)
Warszawa: oprócz części wyżej wymienionych grali również: Grodzicki, Kokoszka, Więzik, Patejuk,
W kadrze mieliśmy jeszcze Elsnera czy Kelemena.
Co stanowiło wspólny mianownik dla większości tych graczy? Wysokie pensje. Podobno Murzyn był opłacany z zewnątrz, a Socha i Więzik nie stanowili wówczas większego obciążenia na liście płac. Jednak znakomita większość zawodników dostawała z kasy klubu ładnych kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie.
Kasa, misie, kasa
No i tu zaczyna się problem, bowiem powyższe stwierdzenie, że dostawali pieniądze jest naciągane. Dostawali stwierdzenie, że powinni dostać. 30, 50, 70, w skrajnych przypadkach 100 tysięcy złotych.
Że tak wysokie zarobki to mogła tylko chora głowa wymyślić, to jest jasne. Ale wymyśliła. A piłkarze mają w nosie, czy klub jest stać na wytrzepanie z rękawa dobrze pomad milion złotych miesięcznie na ich wypłaty. Piłkarzom się należy, miesiąc mija, kaska powinna wpłynąć na konto, a od dłuższego czasu nie wpływa. Co robi piłkarz? Idzie się kłócić o pieniądze. A że wykłócić się nie da, bo prezesów mamy z nadania, sami gotówki nie posiadają, zatem prezesi zgłaszali pretensje zawodników właścicielom klubu.
Solorz nie po to przychodził do Śląska, żeby ze swoich pieniędzy utrzymywać jakichś skórokopów, zatem miał na prośby i monity wywalone.
Dutkiewicz chętnie by dał, bo pieniądze i tak nie są jego, ale trzeba było znaleźć jakieś podstawy prawne do finansowania zachcianek grajków. O przepraszam, na potrzeby klubu. A z tym były kłopoty.
Schetynowy prezes Waśniewski ponoć próbował coś tam przez Schetynę skołować, lecz ten ma wojnę totalną z Dutkiewiczem, zatem nie miał najmniejszego zamiaru „dofinansowywać dziada”.
I tak sobie gadali. Piłkarze z prezesem, prezes z właścicielami, a zadłużenie rosło.
Co zatem postanowili piłkarze?
Jako zgrana ekipa (a poza boiskiem mieli takie bardzo zgrane „jądro drużyny”) postanowili pokazać, kto tu rządzi. Poprzez markowanie meczu. Wypadło na pierwsze spotkanie finałowe o Puchar Polski.
To, że Śląsk przegrał 0-2 to jedno. Ale to, jak nasze orły grały w I połowie pojedynku to już zupełnie inna historia.
Czy widząc co się dzieje pierwszy sygnał „uspokajający” zawodnicy dostali w przerwie wrocławskiego meczu, czy też już po – tego nie wiemy. Ale faktem jest, że w ciągu kilku dni, w rewanżu nagle zaczęli grać zdecydowanie lepiej.
No to już teraz wiecie, dlaczego my, kibice Śląska do listy trofeów nie możemy dopisać trzeciego w historii Pucharu Polski.
Balet odszedł w siną dal
Z tamtego zespołu, choć minęło zaledwie niespełna dwa lata, w Śląsku nie został niemal nikt. Pawelec i Ostrowski. Cała „grupa baletowa” zniknęła. Gdzie są teraz? W poważnej piłce to na razie utrzymuje się jeszcze Mila. No, miękkie lądowanie zaliczył „Kaz”. Pewnie też na niedługo. Reszta dorabia sobie na emeryturkę lub marzy o tym, by się załapać gdzieś, gdzie „płacą sensowne pieniądze”. Przy czym to co dla nich sensowne, dla przeciętnych śmiertelników jest po prostu chore.
Nie zniknęły za to klubowe długi, choć jest faktem, że dzięki polityce cięcia kosztów – maleją.
Roman Zieliński

				</section>