Po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy Śląsk potraktował poważnie rozgrywki Pucharu Polski na szczeblu 1/8. I od razu dzięki temu Śląsk zanotuje wpływ gotówki w wysokości około pół miliona złotych.
Już odpieramy zarzuty, że to pomyłka, iż PP na tym poziomie potraktowano na Oporowskiej poważnie po raz pierwszy po kilkudziesięciu latach… Przecież niedawno Śląsk zaszedł do ćwierćfinału, a później nawet do finału Pucharu Polski.
I owszem, ale w obu przypadkach te awanse wynikły z przypadku. Przypomnijmy: w sezonie 2011/12 w 1/16 najpierw pokonał Okocimskiego w Brzesku 3-1. Gospodarze byli tak stremowani, że w pierwszej minucie strzelili sobie „swojaka”. W 1/8 wyjazd do Bielska został uznany jak mecz rezerw, ale „się udało”. Kto był i widział, ten wie.
Nawet ćwierćfinał z drugoligową Arką Gdynia został przez ówczesnego trenera potraktowany niepoważnie, dopiero w rewanżu Śląsk zagrał na 100% swoich możliwości, lecz już nie udało się dogonić wyniku.
Rok później był nawet finał. Choć w 1/16 w Polkowicach WKS oddał na bramkę rywali… dwa celne strzały (udało się wygrać 1-0). Zresztą na Fanie podśmiewaliśmy się, że być może to właśnie jest jedyny wartościowy, choć zupełnie przypadkowy rezultat Oresta Lenczyka w tym sezonie, w którym już go żegnano.
Po zmianie szkoleniowca było podobnie. Na szczęście los sprawił, że w 1/8 graliśmy z Bełchatowem we Wrocławiu. Bełchatowem, który zmierzał w kierunku II ligi, dzięki czemu rozgrywki PP uznano tam za zbędne obciążenie.
Nawet w ćwierćfinale Śląsk zagrał eksperymentalnie, ale na szczęście z Flotą Świnoujście graliśmy na wiosnę, gdy zespół rywali mocno spuścił z tonu, choć początkowo planowano grać późną jesienią, kiedy Flota powygrywała niemal wszystkie mecze, lecz pogoda pokrzyżowała szyki i ostatecznie zamiast w listopadzie zagrano w marcu.
Półfinały Śląsk faktycznie potraktował poważnie i gładko rozprawił się z Wisłą Kraków.
Alkoholicy, z Dolnego Śląska stolicy
Ale największe jaja miały miejsce podczas finału 2013. Przypomnijmy, że był to finał szczególny, grany systemem mecz – rewanż. W pierwszym pojedynku, we Wrocławiu, wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. I klęli z wściekłości. Grający w sezonie fajną piłkę Śląsk w tym meczu nie istniał. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że właśnie wówczas piłkarze postanowili zaprotestować przeciwko braku wpłat na ich konta. Tak, tak, jednym, z dowodzących „akcją kasa” był nasz nieoceniony Sebuś Mila. No i skończyło się klęską 0-2.
O tym, że była to klęska szczególna – za jakiś czas powstanie osobny artykuł.
W rewanżu, tydzień później, najwidoczniej kasa wpłynęła już na odpowiednie rachunki bankowe, bo Śląsk na Łazienkowskiej zagrał nadspodziewanie dobrze, ale wygrana 1-0 nie pozwoliła nadrobić zaległości z Pilczyc.
Banda imprezantów udających piłkarzy zmarnowała szansę na wpisanie do swojego CV zdobycia PP. Ciekawe, który z nich będzie miał kiedykolwiek szansę wpisać sobie podobną zdobycz. Pewnie nikt z nich już nic w życiu nie zdobędzie.
Sezon obecny
Ponownie mecz 1/16 PP Śląsk sobie zlekceważył. Na szczęście rezerwy wrocławian okazały się lepsze od jeszcze głębszych rezerw drugoligowego Widzewa. I przyszedł mecz w Stalowej Woli. Choć z występującym w lidze trzeciej (zwanej ligą drugą) rywalem WKS zagrał w najmocniejszym składzie, to i tak wygrana nie przyszła łatwo.
Gdyby Śląsk pofolgował choć trochę, najprawdopodobniej w ćwierćfinale teraz do meczu szykowano by się w Stalowej Woli.
Tymczasem mecz na Pilczycach z przygotowującą się do pojedynków z Ajaxem Amsterdam Legią będzie mocnym rozpoczęciem piłkarskiego sezonu w Polsce.
Można liczyć na co najmniej 20 tysięcy ludzi na trybunach, a to lekko ponad pół miliona złotych przychodu. Których by nie było, gdyby Śląsk w Stalowej Woli nie zagrał na 100 procent swoich możliwości.
Na zdjęciu kibice Śląska na stadionie przy ul. Łazienkowskiej podczas ligowego meczu jesienią 2001 roku. Ten mecz Śląsk wygrał 4-3.
RZ
</section>