Po meczu, w którym kości trzeszczały, Śląsk pokonał w Bydgoszczy miejscowego Zawiszę 1-0. Po czterech meczach bez zwycięstwa jest zatem komplet punktów, jest też umocnienie się w czołówce tabeli.
Najfajniej było po ostatnim gwizdku, gdy odbyły się zaczątki linczu na arbitrze, ale trener Rumak ostatecznie uspokoił swoich podopiecznych i do interesującego mordobicia niebiescy (Zawisza) kontra żółci (sędziowie) nie doszło. Choć publika (ta „ugrzeczniona”, bez miejscowych kiboli) podpuszczała krzycząc wszystkie doskonale znane z piłkarskich stadionów (tych z kibolami) wulgarne hasła.
Sędzia Borski sam jest sobie winien, bo dopuścił do bardzo ostrzej gry. Tak „skopanego” meczu Śląsk nie rozegrał już od wielu lat. Jatka wisiała na włosku, nawet jeden gracz miejscowych został odwieziony do szpitala. Generalnie to gospodarze postanowili wyrównać swoje szanse z faworyzowanym Śląskiem kopiąc, waląc z łokcia i głowy, ale trzeba przyznać, że gracze Śląska podjęli rzuconą rękawicę i dłużni nie byli. Ostatecznie – opłaciło się.
Był to chyba ważny mecz dla trenera Pawłowskiego, gdyż wiosną prowadząc Śląsk doznał tylko jednej porażki. Właśnie w Bydgoszczy z Zawiszą.
Był to też chyba ważny mecz dla samych piłkarzy, bo seria bez zwycięstwa zaczynała denerwować.
Był to również ważny mecz dla Mili, bo wokół niego narobiło się ostatnio trochę zamieszania. Do czego zresztą sam się przyczynił podejmując w trakcie trwania kontraktu rozmowy z Lechią Gdańsk. Ostatecznie to Mila po akcji Mili – Flavio – Mila zdobył decydującego gola.
No i na pewno był to ważny mecz dla braci Paixiao. Powrót Marco po pięciu miesiącach od kontuzji był ważnym momentem dla samego piłkarza. A jak dla Marco, to i dla jego bliźniaka, bo obaj „jadą” na jednej fali.
A dla nas był to fajny początek łykendu. Teraz niech się inni martwią, jak gonić Śląsk.
RZ fot. tgnova.net.pl
</section>