Wygrana Śląska nad Górnikiem zdetronizowała zabrzan z pozycji lidera, ale nie to wydarzenie jest najistotniejszą rzeczą, jaka wydarzyła się w VII kolejce. Choć ta jeszcze się nie skończyła (pisane w nocy z soboty na niedzielę), to już wiadomo, że najistotniesza jest frekwencja na meczu Wisły Kraków. Po 6 tysiącach na meczu zgody z Lechią, w kolejnym pojedynku Wisły u siebie przyszło niemal 17 tysięcy widzów.
Co spowodowało tak drastyczne zwiekszenie zainteresowania spotkaniem z niezbyt medialnym Bełchatowem? Dla nikogo nie ma wątpliwości, że chodzi o osobę konfliktującego klub z kibicami dyrektora sportowego – Jacka Bednarza. Wystarczyło pozbyć się szkodnika i nagle ponad 10 tysięcy ludzi pojawiło się na trybunach stadionu.
Nie wdrażając się w szczegóły, nie będąc wtajemniczonym w ceny biletów, śmiało można stwierdzić, że między Wisłą z Bednarzem a Wisłą bez Bednarza jest różnica wpływu do kasy w wysokości ćwierć miliona złotych. Tyle tracił klub podczas każdego meczu w którym dyrektorem był skonfliktowany z kibicami łysol. Teraz każdy mecz to dodatkowy pieniądz dla Wisły. Taka „wartość dodana”.
Bednarz ponoć jest prawnikiem. A wykończyła go ekonomia.
KP
</section>