Legia – Śląsk 4-3
Mecz w Warszawie był jednym z lepszych w naszej dotychczas jałowej lidze. Takie porażki zawsze przełyka się spokojnie.
Co do samego wyjazdu – kolejny który niczym się nie wyróżnił, i gdyby nie sam mecz, to raczej zapamiętany nie będzie. No, może poza osobami które zaliczyły kwitki z dodatkową opłatą opiewającą na pół tysiąca, o których przeczytacie poniżej.
Przygotowania
Zapadła decyzja o jeździe pociągiem specjalnym. Spece to nie jest nasz ulubiony środek transportu, bo ostatnio nie powodują podniesienia frekwencji, a to było główną ideą ich oranizacji. Lecz akurat spec do Warszawy najgorszym rozwiązaniem nie był z kilku względów. Przede wszystkim – nie był najdroższy, ponadto tylko 6 i pół godziny jazdy w jedną stronę koleją to nie jest dramat.
Elementem zaniżającym frekwencję był oczywiście nakaz jazdy specem. Ale to nie czas i miejsce by się rozwodzić nad tym faktem. Wystarczy podsumować, że do kompletu na Łazienkowskiej zabrakło nam naprawdę sporo, choć po ostatnich zwycięstwach Śląska na mecz ruszyło sporo wynikowców.
JazdaZaczęło się od przepychanek pisemnych, kiedy na Fanie ukazała się informacja, że pociąg wyjeżdża z Dworca Głównego, podczas gdy oficjalne ogłoszenie mówiło o Nadodrzu. Już informujemy skąd te nieścisłości.
PKP zna perypetie, jakie towarzyszą wyjadom pociągów specjalnych. Niemal zawsze leci hamulec, bo „Antek jeszcze kupuje piwo i zaraz wróci”. Tymczasem pomiędzy Dworcem Głównym a Nadodrzem z uwagi na remont torowiska jest tylko jeden czynny tor, po którym muszą się przemieszczać pociągi w obu kierunkach. I opóźnienie jednego składu powoduje komplikacje w przejazdach na całej trasie na tym odcinku drogi. Dlatego organizatorom PKP przekazała informację, że odjazd do Warszawy nastąpi z Nadodrza. Tymczasem we własnych dokumentach ta sama PKP miała odnotowane miejsce odjazdu Wrocław Główny.
Trzeba przyznać, że idea wsiadania na Nadodrzu jak najbardziej racjonalna. Co nie zmienia faktu, że de facto pociąg startował z Głównego, a co kilkanaście osób wykorzystało wsiadając do składu na luzie.Pociąg z Nadodrza wystartował wśród huku achtungów oraz z racami w oknach, i sunął się do Odolanowa, gdzie nastąpił pierwszy nadprogramowy postój. Otworzyły się drzwi w ostatnim wagonie, co przyuważyła dróżniczka, na co kierownik pociągu zareagował bardzo nerwowo.
Ostatni wagon zresztą „zasłynął” podczas postoju w Łodzi, gdy dokonywano wymiany obsady konduktorskiej. Nowa załoga nie chciała ruszyć, gdyż właśnie z ostatniego wagonu co chwilę ktoś wychodził „w krzaki by się odlać”. No to zwiększyło się opóźnienie, które wyniosło już 25 minut.
Mając w pamięci marsze z Dworca Centralnego w Warszawie na stadion na Konwiktorskiej byliśmy pełni obaw, czy przypadkiem w stolicy nie wpadną na pomysł pieszych wycieczek na Łazienkowską. Na szczęście – nie wpadli. Z Zachodniej trasą „tour de Varsovia” przez pół godziny wiozło uczestników wyprawy 6 autobusów. Okazało się, że 6 to za mało i jeden autobus musiał zrobić rundkę po tych, którzy pozostali pod Zachodnim nieco dłużej.
Do wyjazdowiczów dołączają nowi ludzie. Niektórym „świeżakom” wydaje się, że pociąg specjalny to takie wesołe miejsce do „robienia tego, co mi się podoba”. Dlatego jeden ze starszych fanów musiał delikatnie upomnieć pewnego demontażystę urządzeń świetlnych w przedziale. Upominany i tak miał szczęście, że trafił na „Ż”, bo mogło się skończyć… ostrzejszą reprymendą.
Wejście
Gdy bractwo z tych 6 autobusów się wysypało obok warszawskiego bajorka znajdującego się przy wejściu dla kibiców gości, nadgorliwy mundurowy z wściekłością rzucił się na jednego z uczestników wyprawy trzymającego puszkę piwa. To znaczy – tak trzepnął fana Śląska w rękę, że piwo palnęło o asfalt.
Pod stadionem odbywało się polowanie na kibiców. Najpierw wyłapano dziewczynę, która miała rzucić achtungiem. Mandaty wlepiano za byle co.
UWAGA!
Przynajmniej dwie osoby dostały mandat 500 złotych za… skiepowanie peta na ziemi.
UWAGA PRAKTYCZNA
Przy tak drastycznych wysokościach „proponowanych” mandatów nigdy ich nie przyjmować. Brać wezwania do sądu. Wiemy, że w sądach nie zawsze sędziowie są normalni (vide: Paweł Chodkowski i wyroki za wykroczenie w sprawie Baumana), ale w przypadku kiedy za zakiepowanie dostaje się mandat 500 złotych, czyli dokładnie taki jak za zniszczenie służbowego samochodu prezydenta Wrocławia w katastrofie drogowej, to sytuacja nawet dla zdesperowanych sędziów jest niemożliwa do przyjęcia.
Załóżmy, że sędzia da 150 złotych kary + 150 złotych bilet do Warszawy i z powrotem na sprawę, to daje 300 złotych kary. 200 zostaje w kieszeni.
Rozochocony wypisywaniem mandatów za 5 stówek funkcjonariusz chciał ten manewr powtórzyć przynajmniej jeszcze raz, ale tym razem trafił na osobę lepiej obeznaną w zawiłościach prawa i delikwent wyśmiał milicjanta. Zatem ten zaproponował, że da 150 złotych, co też nie zostało zaakceptowane przez kibica. Ostatecznie stanęło na 100 złotych.
Podejrzewamy, że gdyby nawet ten mandat nie został przyjęty, to w sądzie kiepującego mogli uniewinnić z tej prostej przyczyny, że na całym zabezpieczanym terenie nie było ani jednego, nawet najmniejszego pojemnika na śmieci.
Oprócz tego „mandatowano” złapanych na wlepkowaniu.
Faktem natomiast jest, że po zmianie ochrony w Warszawie na sektor gości wchodzi się znacznie szybciej, ochrona jest znacznie mniej restrykcyjna i nastawiona bardziej „do ludzi”.Że nie wspomnimy o pewnym cwanym sposobie omijania „skierowania na dmuchanie”.
Generalnie – choć było kilka osób których stan mógł wzbudzać wątpliwości, to na stadion weszli wszyscy, którzy mogli wejść i chcieli wejść. Na zewnątrz pozostały jedynie dwie osoby z zakazami (jednej właśnie się zakaz uaktywnił), oraz solidaryzująca się z „nowym zakazowiczem” dziewczyna + dwie osoby o których jest napisane poniżej.
Mecz na boisku
Czwarta porażka trenera Pawłowskiego po objęciu wiosną Śląska jest porażką statystyczną. Bo Śląsk naprawdę pokazał się z doskonałej strony z i faworyzowaną Legią zagrał na jej stadionie ładną dla oka, otwartą piłkę. Ktoś już na Fanie skomentował to: „tak przegrać to jak wygrać”. I coś w tym jest. Nawet bractwo na trybunach, rozczarowane końcowym rezultatem, dało odczuć drużynie, że dla publiki moralnym zwycięzcą spotkania był Śląsk.
Mecz na trybunachFlaga „Legiony Wrocławia”, która była najbardziej wyeksponowana podczas tego meczu wróciła do swojej pierwotnej wersji z kostuchą na środku. Zresztą temu wydarzeniu była poświęcona mini-oprawa, bo na machajkach znajdowały się właśnie identyczne kostuchy.
Ponadto na sektorze Śląska wisiały: Nabojka, Oława, Jawor, Milicz, Strzelin (nowa, wyjazdówka, na tym meczu miała debiut), PDW, na dolnym sektorze położona była flaga KKN-u. Zawisł także transparent zrobiony przez naszych brytyjskich emigrantów, czyli „Dywizjon 1947″ dla chłopaka z Wisły, który ostatnimi czasy, na emigracji właśnie, został zaatakowany ze sprzętem przez kilku typków kibicującym drużynie z brzydszej części krakowskich Błoń.Legia nie pokazała niczego ponadstandardowego. Doping z obu stron – dość głośny. Śląsk nie zrażał się wynikiem. Oczywiście nie zabrakło obustronnych „uprzejmości”. Legioniści udowodnili, że wrocławskie śpiewy na Rynku w 2012 roku bardzo ich bolały, bowiem zapamiętali te „berła i korony” Sebastianowi Mili.
Coś dziwnego dzieje się z naszymi wyjazdami. Do małych dzieci już zaczynamy się przyzwyczajać. Natomiast dziewczyna w bardzo zaawansowanej ciąży na meczu wyjazdowym to chyba pierwszy taki wypadek w historii ruchu kibicowskiego Śląska.
Na zdjęciu nieco wyżej warszawski „inteligent”. Osobnik wdający się w dyskusję „wy h… „oraz wymachujący rękoma zza płotu. Ten w białej koszulce wymachujący ręką.
Powrót
Interesujące, że ta sama masa ludzi, którzy w pierwszą stronę z Zachodniej pod stadion nie zmieściło się do 6 autobusów, podczas powrotu się do tych samych 6 wózków upchnęło, a jakoś tego „docisku” czuć nie było.Choć pociąg startował z opóźnieniem, to do Wrocławia przyjechał planowo, czyli na Głównym zameldował się około 6:40. Co najbardziej irytowało – że z Ostrowa Wielkopolskiego jechał 3 godziny (teraz zajrzyjcie na mapę – i porównajcie odległości, zajarzycie skąd ta irytacja).
Ilu nas było?
I tu jest problem, bo na pewno na poszczególnych listach (te na których odnotowywano wchodzących) było po 70 osób. Tyle, że nie potrafimy ustalić, czy tych list było 14, 15 czy 16. Zatem liczba waha się od 980 do 1120 osób. Ponadto 21 osób zostało dopisanych na miejscu.
W Warszawie na bramkach doliczono się 965 osób, które skasowały bilety. Co jest dość dziwne, gdyż w kasach Śląska według naszych informacji sprzedano wszystkie 1000 wejściówek jakie do Wrocławia dotarły. Czyżby aż 35 osób zrezygnowało z jazdy? A może bractwo biletów nie kasowało, i to w sposób nie zwracający uwagi stojących przy bramkach? Technicznie byłoby to trudne do wykonania.
Na pewno 4 osoby z tych list nie weszło (patrz do rozdziału o wchodzeniu – jeden zakazowicz dowiedział się o uaktywnieniu zakazu pod bramą stadionu), ponadto jeden miał za mało krwi w alkoholu, a jeden młodzieżowiec nie posiadał dokumentów.
Nie było większych, zorganizowanych grup kibiców wspomagających ze strony naszych ziomków. Choć zapowiadany był przyjazd kilku osób z Ferencvarosu Budapeszt. Z tych pojedynczych doliczyliśmy się 6 z Gdańska, 5 z Lublina i 6 z Krakowa (jeden z Wiślaków obudził się w 80 minucie).
Przypominamy, że komplet na Łazienkowskiej to 1600 osób.
Tym razem nie jesteśmy w stanie wymienić wszystkich, którzy zgłaszali się informacjami, zatem podpisujemy tę relację jak najbardziej ogólnie:
Redakcja
</section>