W zeszłym roku do Budapesztu na węgierskie święto niepodległości nie dotarliśmy, ponieważ nagły atak zimy pokrzyżował nasze plany. W tym roku miła odmiana, przyjechaliśmy około godziny 22, a temperatura kilkanaście stopni na plusie. Część z nas, która przyjechała rano zwiedzała miasto, więc reszta udała się do hostelu.
Bob Marley
Wchodzimy do hostelu i tu następuje pierwsze zdziwienie. Na prowizorycznej recepcji wisi flaga z Bobem Marleyem, na ścianie hostelu graffiti z wielkim łbem tegoż Marleya, a po podwórku biega osobnik z wężowiskiem na głowie. Mało tego, cały hostel jest wyklejony plakatami z jakiegoś lewackiego festiwalu na Słowacji. B_R, który ogarniał nocleg musiał wysłuchiwać potem bardzo wielu, delikatnie nazywając, złośliwości i uszczypliwości ze strony uczestników wyjazdu. Później dowiedzieliśmy się od Węgrów, że dzielnica w której mieliśmy załatwiony nocleg, jest najgorszą dzielnicą w Budapeszcie, a numer jej był osiem.
Zapłać za gulasz, grubasie zapłać za gulasz!
Kiedy reszta ekipy dobiła do hostelu, postanowiliśmy pozwiedzać okoliczne knajpy. Pomimo późnej pory ludzi było mnóstwo z czego większość przystrojona w barwy narodowe Węgier. Co się w tych knajpach działo pisać nie będziemy. Jednak trzeba nadmienić, że jeden z nas, w uznaniu jego niebywałych akrobacji, połączonych z dodatkowymi, autorskimi elementami otrzymał nową ksywę. Powyższy śródtytuł, który stanowi treść powstałej na Węgrzech przyśpiewki, też nie wziął się z kosmosu.
Tokaj, order, KrupnikW sobotę, wcale nie tak z rana, wyruszyliśmy połową ekipy na miejsce koncentracji budapesztańskich narodowców. Po przybyciu na miejsce stwierdziliśmy całkiem przyjemne zgromadzenie, z głośników leciała dobra, węgierska muzyka, dużo barw i mnóstwo baloników – wzbudzaliśmy pozytywne, aczkolwiek dyskretne zainteresowanie.
Wszystko zmieniło się wraz z przybyciem reszty naszej ekipy. Aparycja G ma jakiś tajemniczy magnes, który przyciąga przede wszystkim osobliwości i tym razem nie mogło być inaczej. „Dziadek Kurz” (na zdjęciu w ciemnych), obwieszony antykomunistycznymi orderami upatrzył sobie właśnie G i ruszył na niego z zamkniętą butelką tokaju. Zręczność w otwarciu butelki i opróżnieniu sporej jej części wywarła na „Dziadku Kurzu” takie wrażenie, że oddał G jeden ze swoich orderów. Ten nie pozostał dłużny i nasz nowy znajomy cieszył się ze sprezentowanej mu butelczyny Krupniku.Ksywa dziadka powstała, kiedy G klepnął go po przyjacielsku w ramię. Chwilę jeszcze postaliśmy, posłuchaliśmy różnych wystąpień i ludowych występów i chociaż nic nie rozumieliśmy, bardzo nam się podobało.
Na koniec sprawdziliśmy czy w balonikach naprawdę jest hel. Był, więc było bardzo wesoło. Wyruszyliśmy w kierunku głównego zgromadzenia.
Polska! Polska!Na miejscu wypatrzyliśmy Młodzież Wszechpolską z transparentami Ruchu Narodowego. Stanęliśmy obok i wyciągnęliśmy swoje flagi: „Bądź dumny z tego kim jesteś” i „Polak-Węgier dwa bratanki”, oraz machajkę, która już trzeci rok z rzędu była na Węgrzech.
W międzyczasie pojawiła się 10-osobowa ekipa Hutnika Warszawa. Dyrygent G. rozpoczął tradycyjny repertuar i wtedy się zaczęło. Zewsząd zbiegli się ludzie – wszędzie kamery, aparaty, przyjazne okrzyki, „Polska, Polska”!Im głośniej krzyczeliśmy, tym większe brawa zbieraliśmy. Jakiś starszy facet wykupił od babinki cały zapas lokalnego przysmaku, którym nas wszystkich obdarował, kolejni raczyli nas palinką i innymi trunkami. Mieliśmy swoje kilkanaście minut, podczas których rozpierała nas duma z tego, że jesteśmy Polakami.
Chwilę później spotkaliśmy się z B, naszym węgierskim kolegą, który bardzo nam podziękował za obecność i zaprosił nas na patriotyczną imprezkę, która miał odbyć się wieczorem. Ponieważ po naszym występie zerwał się wicher i lunęło z nieba, udaliśmy się w kierunku lewackiego hostelu, w którym zamieszkiwaliśmy.
Warunki atmosferyczne nie były sprzyjające, więc zdecydowaliśmy się na powrót tramwajem. Tramwaj był tak długi (288 miejsc stojących), że wszyscy stwierdzili, że może on jeździć tylko prosto. Faktycznie – ani razu nie skręcił.
Ria, ria, Hungaria!Po częściowym wysuszeniu i zażyciu antygrypiny udaliśmy się wszyscy w kierunku knajpy, w której miała odbyć się impreza. Przy wejściu stało dwóch ochroniarzy, którzy nie chcieli nas wpuścić – chyba nie było nas na liście. Ponieważ nie mogliśmy się dogadać wybraliśmy numer do B i poprosiliśmy, żeby z nimi porozmawiał. Z tego co zrozumieliśmy osobnicy owi mówili naszemu węgierskiemu koledze, że wyglądamy specyficznie. Po krótkiej rozmowie zostajemy wpuszczeni i schodzimy do podziemia.
Na miejscu sympatyczna atmosfera, młodzi ludzie, flagi, piwo, mocniejsze napitki i chleb ze smalcem i cebulą. Wieszamy braterską flagę i wyciągamy polską wódkę. Śpiewamy „ria, ria, Hungaria” (wielkie, wielkie Węgry) za co otrzymujemy potężne brawa, później Węgrzy śpiewają „Wielka Polska” i nie tylko.
Polska wódka zrobiła wśród Węgrów furorę, zresztą G też. Nasz zawodnik został okrzyknięty przez Węgrów mistrzem świata w pewnej konkurencji, którą namiętnie trenuje.
W knajpie przebywał też Hutnik Warszawa i polscy narodowcy. Część ekipy została w knajpie, reszta wraz z dziewczyną z Polonii Wilno, jej koleżanką z Lidy i trzema chłopakami z Odry Wodzisław poleciała na koncert. Na koncercie było super: fajne kapele, dużo płyt, koszulek, gadżetów i lokalnych napitków.W sali koncertowej zawisła flaga „Węgier-Polak” i wtedy ze sceny poleciało coś o „lendzielach” – chyba coś dla nas zagrali. Kiedy chcieliśmy już jechać, okazało się, że jeden z nas chce zostać. Wszyscy albo nikt, więc większość koczowała w busie, a meloman wyszedł dopiero po zejściu ostatniej kapeli ze sceny, czyli gdzieś około czwartej nad ranem. Koncert był w porządku, otoczka też – w międzyczasie pograliśmy w piłkarzyki. Ogólnie spokój, poza chwilowym nerwem jednego z uczestników wyprawy – cóż: palinka, paprykówka, piwo…
Nie udało się…
Bob Marley Hostel należało opuścić do godziny 11.00, więc krótko po 12.00 go opuszczamy. Jedziemy na Górę Gellerta gdzie można się zaopatrzyć w pamiątki i podziwiać panoramę Budapesztu. Góra ma 235 m wysokości i biorąc pod uwagę rozmiar wcześniejszego świętowania, niektórzy mieli lekki problem z pokonaniem wyzwania.Na szczęście znalazł się gdzieś kij, który był bardzo pomocny przy wspinaczce, odgrywaniu fragmentów z „Władcy Pierścieni” (You Shall not Pass!), oraz przy montażu flagi pod Pomnikiem Wolności.
Po dotarciu na szczyt, okazało się, że można było wjechać samochodem, jednak na pewno nie byłoby to takie ekscytujące i wesołe jak opcja z buta. Na górze robimy zdjęcia, chwilę podziwiamy miasto i lecimy z powrotem, gdyż wicher jest tak silny, że zrywa czapki z głów. Trzeba coś zjeść, najlepiej gulasz i kierować się w kierunku stadionu Ferencvarosu.Część z nas pojechała jeszcze zajrzeć do Bazyliki św. Stefana, żeby spędzić chwilę przy relikwii i węgierskim skarbie narodowym, czyli prawicy pierwszego króla Węgier-Szent Jobb.
Przy ponownym spotkaniu okazało się, że niektórzy muszą jeszcze zajrzeć do lewackiego hostelu, gdyż był telefon i ktoś mówił, że komuś się czegoś nie udało zrobić. Ta bariera językowa…
Hajra Fradi!
Pod stadionem Ferencvarosu dowiadujemy się, że musimy się zaopatrzyć w karty kibica. Miny trochę nam zrzedły, jednak okazało się, że wyrobienie takowej wraz ze zdjęciem trwa mniej niż 5 minut i nic nie kosztuje.
Kontrola osobista była taka, że ledwo była, jednak nie zauważyliśmy żadnej kobiety z ochrony, więc oczekiwaliśmy utrudnień. Wszak były z nami kobiety. Sprawa się sama wyjaśniła – kobiety wchodzą bez kontroli.Po wejściu na koronę stadionu zauważyliśmy stoiska z pamiątkami, stolikowe bufety z normalnym piwem w puszkach (piwo fanów Ferencvarosu – Fradi), lokalnymi smakołykami, napojami, no i rzecz jasna z prażonym słonecznikiem. Nie tak jak u nas: kokakola, obrzydliwy hot-dog, czy gazowany ulepek, z wyglądu nawet słabo podobny do piwa.
Stadion Ferencvarosu był w remoncie, więc mecz odbywał się na stadionie imienia Ferenca Puskasa, czyli dawnym ludowym – pojemność aktualna to 56.000, oryginalnie było to 104.000!
Na FTC jest kilka grup, największa Green Monsters, młoda nabojka to Kategoria C, ponadto jest ekipa EEE. To w sumie trzy największe.Co ciekawe, każda ekipa ma swoje gadżety i nie ma współpracy. Każdy siedzi osobno, nie przygotowują wspólnych opraw, osobno jeżdżą też na wyjazdy. Na meczu były dwie oprawy – pasy folii w pierwszej połowie i jakiś napis zrobiony przez Green Monsters. Był też niezły pokaz świec dymnych zrobiony w drugiej połowie przez grupę EEE- za odpalanie piro nie ma jazdy, mandatów, zakazów.
Ciekawostką był niby wjazd ochrony, okazali się nią byli kibice Ferenca, którzy stwierdzili że założą własną agencję ochroniarską. Generalnie mają ze sobą jazdę od wielu lat z tego powodu. Ochroniarze nie weszli na sektor tylko ponapinali się i otworzyli bramę, czy raczej płotek jak na maratonach. Nikt nie ruszył bo wszyscy wiedzieli, że i tak nie wjadą na sektor, cytat: „na sektor nie wejdą, wiedzą że jakby weszli to cały sektor na nich ruszy (sektor na którym przebywaliśmy, czyli Green Monsters) i mieliby jazdę na mieście”. Taki klimat.Podejść musieli bo za to im płacą, ale generalnie nie robią nic. Przez chwilę było wesoło, w ochronę waliła lekka artyleria (słoneczniki, plastikowe kubki) i to głośne: „Cygany!, Cygany!”. Okazało się, że u nich każdy każdego wyzywa od Cyganów.
Węgrzy bardzo pilnie śledzą naszą scenę kibolską i wiedzą o naszych flagach z Sevilli, o naszych zadymach w Rumunii, Czarnogórze. Pierwsze co to od razu powiedzieli że jesteśmy najbardziej patriotyczną ekipą i złożyli gratulacje za akcje z majorem Baumanem. Jeżeli chodzi o inne ekipy z Polski, to ktokolwiek przyjeżdża pozwalają im wchodzić do siebie na sektor, ale bez barw. Są goszczeni jak zgoda, tak po prostu z racji tego że są z Polski. Taki mają u siebie klimat, widocznie dlatego też jest tyle zgód polsko-węgierskich. Nie jest trudne nawiązanie relacji.
Szokiem mogło być witanie się kumpli pocałunkami w policzek – u Węgrów jest to wyznacznikiem szacunku.
Na sektorze Green Monsters wisiała flaga „POLAK,WĘGIER-DWA BRATANKI: LENGYEL, MAGYAR-KET JO BARAT”.
Informacje na temat węgierskich klimatów przekazał nam ktoś, kogo poznaliśmy na meczu. Nazwijmy go P.
Tylko szczęśliwe powroty
Mecz kończy się podziałem punktów, jest niedziela, dochodzi godz. 19. Przed nami ponad 700 kilometrów do Wrocławia, a rano co poniektórzy muszą wbrew swojej woli brać udział w cyrku. No, ale o tym już było…i na pewno jeszcze będzie!
Precz z komuną!
Politycznie Niepoprawny B, Kot, PN, Geodeta, MB
Wykaz zauważonych (lub też niezauważonych) Polaków w Budapeszcie:
– Śląsk Wrocław: 12 osób, dwie flagi i machajka, barwy;
– Hutnik Warszawa: 11 osób, bez flag ale w barwach, przylecieli samolotem;
– Odra Wodzisław: 3 lub 4 osoby, bez flag, bez barw;
– Łada Biłgoraj: 5 osób, ich nie widzieliśmy, jedyny ślad po nich to wlepki nad Dunajem i mnóstwo butelek;
– Ruch Narodowy: 16 osób, wśród nich wspomniane dziewczyny z Polonii Wilno i Mińska.
G, został jednogłośnie okrzyknięty numerem jeden wyjazdu. Oprócz opisanych zwycięstw i wyróżnień powinien otrzymać jeszcze jedno, powiedzmy, że za triatlon.