Lechia – Śląsk 1-4
Mecz przyjaźni mógł być… dwumeczem. Jednak Lechia odpadła z Pucharu Polski ze Stalą Stalowa Wola i teraz po wyjeździe w sobotę do Gdańska, gdzie mógł zostać na trzy dni, Śląsk będzie miał wtorkowa wyprawę do Stalowej Woli. No cóż, nic na to nie poradzimy.Piłkarsko Lechia ostatnio fantastycznie zaprezentowała się w Warszawie przeciwko Legii, zatem wielu z nas remis brało w ciemno. Okazało się, że fatum nowych stadionów wciąż działa na gdańszczan. Od kiedy oba kluby przeprowadziły się na nowe obiekty Lechia ze Śląskiem nie wygrywa. Dwa razy zremisowała (raz w Gdańsku, raz we Wrocławiu), a w pozostałych pojedynkach to Śląsk zgarniał całą pulę. Tak było i tym razem.
Kibicowsko – nic ponad standard się nie szykowało. Choć w tym przypadku „standard” to między innymi wspólne odwiedziny, masa zakupowanych prezentów i szykowanie wspólnych imprez tak przed jak i pomeczowych.
Przygotowania
Praktycznie przygotowań nie było. Oprócz „dodatkowych smyczek”. Jak zwykle – część osób tych „dodatkowych smyczek” nie dostała.
Jazda
Ustalono, że każdy jedzie tak, jak chce, a to oznaczało, że dla wielu osób podróż będzie się odbywać „patopociągiem”. Z wynikającą z remontów torów bardzo wnerwiającą trasą. Do Poznania przez Ostrów Wielkopolski. Odcinek, który w normalnych warunkach robi się w 2 godziny z hakiem, teraz trwa niemal cztery.
„Patopociąg” jest kolei znany od lat. Zawsze się do niego dostawia dodatkowe wagony. Tym razem było ich 4. Teoretycznie wszyscy mieli jechać tymi, dodatkowymi wagonami, lecz i tak skład został opanowany w całości.
Race, petardy, chóralne śpiewy, nawet przez radiowęzeł, niesamowita napinka widoczna zwłaszcza na dworcu w Poznaniu – w zasadzie nic szczególnego. Kilka razy jakieś pojedyncze solówki też mieszczą się w kanonie tradycji.
Tym razem „wybijał się” koleżka w białej kurteczce. Co on brał – tych informacji nie posiadamy, lecz wiadomo, że chodził i wnerwiał wszystkich. Nikt go nie chciał trafić, bo powoływał się na różne osoby. Ci których nawnerwiał najbardziej teraz mogą odetchnąć. Gdy już niemal wszyscy wysiedli, czyli po stacji Gdańsk Główny, osobnik ów zabrał się za demolkę. Na co zareagowało dwóch starszych fanów Śląska i sobie po nim poskakało. Dla uspokojenia „siłacza”. Co prawda „akcji nikt nie widział”, ale dotychczas niemiły kanar nagle stał się dla „skaczących” bardzo uprzejmy. Widać nasz pasażer zaszedł za skórę nie tylko podróżującym.Na kolejnych, gdańskich stacjach marzły kolejne ekipy czekających na przyjazd gości fanów Lechii.
Jedna z ekip jadących autem odnotowała defekt koła. A nie mieli zapasowego. Spora liczba fanów Śląska w kierunku Trójmiasta wyruszyła z jednodniowym wyprzedzeniem. A znany jest przypadek koczowania w Gdańsku od poniedziałku.
Czekanie na mecz
Sporo osób meldowało się na imprezach, wiele przebywało w dziesiątkach znanych sobie knajpach. Oczywiście nie wypalił standardowy w Gdańsku pomysł wylądowania na plaży, by tam się zdrzemnąć. Bo leżakowanie na piasku przy temperaturze bliskiej zera to zadanie dla poszukiwaczy wrażeń ekstremalnych.
Mecz na boiskuCo tu dużo gadać. Było to jedno z krótszych spotkań Śląska w historii. Praktycznie skończył się w 11 minucie, gdy po wyrzuceniu z boiska zawodnika Lechii, Śląsk wykorzystał karnego na 2-0. Oczywiście można się doszukiwać mankamentów w grze Śląska, ale rezultat 4-1 jest po prostu jednoznaczny.
Ci, którzy twierdzili, że dotychczasowe gole Flavio Paixao to bardziej przypadek niż stan umiejętności Portugalczyka, muszą teraz doszukiwać się kolejnych czterech powodów, dla których udało mu się skierować piłkę do siatki.
Chyba już nie ma wątpliwości, że chłop „odpalił”.
Nawet Pawełek tym razem nie walnął żadnego „pawełka”.
Reakcje zawodników po udanych zagraniach w trudnych sytuacjach pokazują, że w zespole jest świetna atmosfera. To cieszy na przyszłość.
Mecz na trybunach
Sporo flag Śląska pojawiło się na tym wyjeździe. Nabojka, Wołów (nowa – debiut wyjazdowy), Legiony Wrocławia, Skokowa (też nowa, na bazie kostuchy z Legionów) – te wisiały na płocie. Plus „Trzej Królowie Wielkich Miast”, która obecnie stacjonuje w Gdańsku.
Wyżej wisiały Jawor, FC NR, „Śląsk Wrocław” (ta z czarną górą), Ultras Silesia, Śląsk on Tour oraz „Śląsk Wrocław” znana z marszy niepodległościowych.
Dodatkowo ktoś powiesił flagę-machajkę zasponsorowaną przez browar, jakie rozdawano kiedyś po meczu. A na trybunie wzdłuż prostej wisiała również barwa KKN-u.
Było także sporo transparentów, w tym „Diabeł, trzymaj się”, który był traktowany jak flaga.
Doping wspólny. Malkontenci (wrocławscy oczywiście) twierdzą, że zbyt „lechijny”. Jakby zapominając o tym , że mecz tak naprawdę trwał 11 minut. Później Lechia musiała się nieźle mobilizować by rozkręcić ludzi na trybunach.Kibice Śląska rozsiani po całej trybunie zajmowanej przez najzagorzalszych fanów z Gdańska. Oczywiście pozdrowienia dla Wisły Kraków, ale tym razem dla zorietnowanych – ze szczególnym podtekstem. Grupa starszych fanów Wisły była w tych dniach w Gdańsku jako goście na weselu.
O walce o jedną z flag, jaka odbyła się po meczu, napiszemy za jakiś czas.
Powrót
„Patopociąg” powrotny miał jedną zasadniczą, wnerwiającą cechę. Dodatkowy, godzinny postój w Poznaniu związany ze zmianą czasu na zimowy. A była i druga – dwa przedziały w białych kaskach. Jeden z redaktorów Fana monitorował te przedziały i rżał ze śmiechu, gdy się okazało, że jedna ze zmian cały czas siedziała w tych przedziałach z kaskami na głowach.
Mimo, że w drodze do Gdańska kanonada achtungów trwała niczym jeden wielki karabin maszynowy, okazało się, że część „naboi” pozostało. Zresztą race – również. Co w trakcie drogi dało się odczuć. Także zabawy gaśnicą na samym starcie należy odnotować. Poza idiotyczną wymianą uwag w Poznaniu z jakimś jełopą stojącym w bezpiecznej odległości – w zasadzie nic się nie działo.
Ilu nas było?
Wszystkie bilety „wrocławskie” poszły. Tyle można mówić o pewnikach. Poza tym nie wiadomo nic. Mnóstwo osób jechało bez wejściówek, część nawet… nie zamierzała wchodzić na mecz. Trochę towarzystwa, by „zaliczyć” wyjazd weszło na moment na trybuny, lecz tak naprawdę spotkanie oglądało w przystadionowej knajpie „T29”. No, niektórzy to tylko „byli przed telewizorami”, bo i zdrzemnąć się zdarzało.
W sumie na pewno nie było mniej niż 1000 osób i taka liczbę przyjmujemy na własny użytek. Ale ile było tak naprawdę – tego się nie dowiemy nigdy.
Redakcja.
Podziękowania wszystkim przekazującym wszelkie informacje.
</section>