Jestem fanatykiem Śląska, to pewne. Trwa to już od 30 lat. Zawsze, gdy oglądałem mecze mojego klubu ważny był wynik. Niedawno okazało się, że… jednak nie jest najważniejszy.
Przełom nastąpił podczas meczu z Górnikiem Zabrze. Wcześniej byłem” testowany” wynikami np. Ruch (strata bramki w doliczonym czasie gry – w poprzednim sezonie, czy jeszcze wcześniej). Takich strat bramek było wiele, podałem jeden przykład.
Przeżyłem porażek wiele. Najgorsze były te z 2 ligi i 3. Po przegranych meczach najgorsi byli znajomi, którzy głupio pytali „jak tam Śląsk?”
Nigdy jednak nie obrażałem się na klub i dalej chodziłem i jezdziłem na mecze. Czasem zastanawiam się, czy czasem nie na złość wszystkim? Skupię się jednak na tym konkretnym przełomowym meczu.
Śląsk prowadził już 2-0. Super! Rozpoczęła się 2 połowa. Siadam i patrzę. Padła bramka dla Zabrzan. Pomyślałem „trudno, gramy dalej” i wciąż wygrywaliśmy 2-1. Całą drugą połowę pomagałem (oczywiście wzrokiem) naszym wygrać. Niestety w 92 min padła bramka na 2-2. Wtedy w myślach powiedziałem: „a niech nam strzelą 3 gola!” Faktycznie, padła bramka.
Wyszedłem nie wyłączając telewizora. Wtedy zrozumiałem, że wynik mam w gdzieś.
To jest moje miasto i mój klub, któremu zawsze będę kibicował. Niezależnie w której lidze będzie grał. Łatwiej zniosłem porażkę w PP z Jagiellonią. Teraz leci z górki (Zawisza, Korona, znów Jagiellonia). Miło, gdy wygrywamy, ale to jak dla mnie nie jest najważniejsze.
Liczy się tylko Śląsk Wrocław!
K.D. „Tramwajarz”
</section>