Gdyby Gikiewicz dostał czerwoną kartkę, a Śląsk wygrał z Cracovią, to można dyskutować nad sensownością zagrania z piątej minuty. Ale w życiu nie liczą się zamiary, lecz efekty. A efekt jest taki, że półtora punktu pojechało do brzydszej części Krakowa. Trzy stracone bramki… ze sportowego punktu widzenia – porażka w rozmiarach małej katastrofy.
*
Frekwencja to także porażka. Oficjalnie 8 tysięcy, choć nam śmierdzi to propagandą. Szóstka była na pewno. I tak mieliśmy szczęście, bo gdyby przed meczem padał deszcz, jak to miało miejsce wczoraj, to tych widzów byłoby jeszcze mniej.
*
Kibice gości – kolejna porażka. Jak kiedyś będą grali o mistrzostwo Polski, to może się gdzieś pojawią w sensownej ilości. I może będzie im się chciało śpiewać.
*
Pomysł z reaktywacją piosenki „nie płacz, o Śląsku mój”, która była wrocławskim hitem ostatnich kolejek 1993 roku – rewelacja. Jednak o tej piosence nie ma najmniejszego pojęcia obecna ekipa z gniazda. Za młodzi. Chłopaki, tę piosenkę się ciągnie. Dłuuuugo. I wówczas ma swoją moc. Tymczasem jej przyśpieszenie powoduje, że nie ma w niej nic, co pociągnie śpiewających.
*
A propos gniazda. Po meczu doszło w jego okolicach do małej wymiany argumentów siły. Powód był prozaiczny – ktoś chciał bluzgać, bluzać, bluzgać. Cracovia to nie jest klub, który jest warty bluzgania. No to opcja rozsądna (mniej bluzgania) starała się z bardziej narwaną (bluzgającą). Sobie towarzystwo wypłaciło kilka argumentów.
*
Był pomysł, żeby robić oprawę na mecz z Cracovią. Na szczęście został zarzucony. Przy tak małej liczbie widzów… oprawa będzie na następnym meczu.
*
Flaga „Szalik” zagościła za bramką. Powinna być naszą sztandarową. Dotyczy wszystkich, choć hasło „Wrocław naszym miastem, Śląsk naszym życiem” w pierwszej chwili może być odbierane przez fankluby, jako promocja stolicy regionu. Ale Wrocław, to też miasto tych wszystkich, którzy się ze Śląskiem identyfikują. To miasto tych wszystkich, którzy na trybunach stadionu WKS-u czują się u siebie. To nasze miasto, kibiców Śląska. Wszystkich, bez wyjątku.
*
A propos fanklubów. Jeden nie dotarł, auto się chłopakom spierdzieliło 150 kilometrów od stadionu. I to własnie pokazuje różnicę, między mieszkańcami Wrocławia i fanklubowiczami. Dla wrocławianina defekt auta to konieczność zmiany środka transportu na MPK. No, może na taryfę. Dla kogoś, kto ma kilkadziesiąt kilometrów, lub jeszcze więcej, to oznacza niedojazd.
*
Dlatego dzisiejszy mecz pokazał, jak nam, mieszkańcom Wrocławia zależy na Śląsku. Po liczbie widzów widać, że nie bardzo. Tak, wiem, tysiące tłumaczeń. Praca, dom, rodzina, marudne dzieci, chora ciocia, mokre buty… Ale na krecików ciocia ozdrowieje i suche buty też się znajdą…
Roman Zieliński
</section>