Sprzedaż łączona Kraków – Lubin wywołała wśród Czytelników Fana negatywne reakcje. Przynajmniej wśród części tych, którzy postanowili wpisać się pod artykułem „Pomysł na ciśnienie” (http://fanatik.ogicom.pl/?p=786).
Generalnie chodzi o to, że padła propozycja, aby sposobem na zaklepanie sobie wejściówki na wiosenny pojedynek w Lubine, było zaliczenie jesiennego wyjazdu do Krakowa.
Nikt nie odniósł się wprost, by nie wykorzystywać nadmiernego zainteresowania wyjazdem za Legnicę jako swoistego motywatora do eskapady na inne spotkanie wyjazdowe. Choć pojawił się wpis Czytelnika marcinos 82, do którego odniosę się za chwilę.
Gdzie napędzać tłum?
Padły głosy, że lepiej byłoby w ten sposób zwiększyć frekwencję na jakiś inny mecz.
Oto lista wyjazdów, jakie Śląsk będzie miał przed potyczką na Dolnym Śląsku:
29 XI Wisła – Śląsk (na formalnym zakazie)
7 XII Widzew – Śląsk (my zakaz, Widzew nie przyjmuje gości)
15/16 II 2014 Amica – Śląsk
1/2 III Cracovia – Śląsk
I to wszystko. W połowie marca przejażdżka na pojedynek, o który chodzi.
Przeanalizujmy pozostałe mecze:
Widzew odpada z wiadomych przyczyn.
Czy takim spotkaniem może być eskapada do Poznania? Teoretycznie tak. Tyle, że w Poznaniu mamy nadzieję dostać 2 000 wejściówek. Przy kombinacji „pierwszy tysiąc ma zagwarantowany bilet na Krecików”, kupiec biletu o numerze wyższym niż tysięczny byłaby nieźle zawiedziony. Jak zatem motywować ludzi, gdy pierwszy tysiąc już zszedł?
Na dodatek „MS”, który bierze się za ogarnianie wejściówek na wyjazdy, już ma plany akcji reklamowych dotyczących Poznania.
Wyjazdu na Cracovię nie trzeba reklamować wcale. I tak komplet biletów zejdzie migiem.
Zatem zostaje Wisła. Tym bardziej, że mecz w Krakowie jest w piątek. Tym bardziej, że obecnie ciśnienie jest niewielkie (co naocznie udowodnił wyjazd do Gdańska). Tym bardziej, że jest jeszcze jedna rzecz, dla której trzeba postawić właśnie na mecz z Wisłą (czytelna dla organizatorów, niestety nie można jej podać publicznie, bo znów znajdą się tacy, którzy zaczną mącić).
Jest jeszcze powód nader makiaweliczny. Otóż może się okazać, że Lubin będzie magnesem, lecz po którymś ze spotkań znów dostaniemy zakaz wyjazdowy i samego wyjazdu za Legnicę… nie będzie w ogóle. Zatem magnes trzeba wykorzystać wtedy, kiedy zadziała.
Motywacja dodatkowa
Czy w ogóle wykorzystywać to specyficzne ciśnienie wyjazdowe, jakie wytwarza przejażdżka do najbliższego geograficznie rywala jako magnes?
Z tym zdaje się polemizować nasz Cztelnik. Oto fragmenty jego komentarza:
marcinos 82:
(…) Nie zawsze mogę (pojechać – dop red.), zwłaszcza przy 11-miesięcznym dziecku i pracy zmianowej (po 12 godzin, dniówki nocki), zmianowej także z żoną, z którą spędzam razem 3-4 dni w miesiącu, a resztę się mijamy, nieraz dosłownie w drzwiach.
(…) uważam, że nie jest fair, jeśli z biletami postępuje się tak jak w powyższym artykule. Gdyby jeszcze np. 500 biletów dla tych, co pojadą, a 500 dla ogółu to bym zrozumiał. Jednak takie stawianie sprawy powoduje wrażenie odgórnego wykluczenia z bycia kibicem Śląska. Nie jeździsz zawsze, to nie pojedziesz tam, gdzie byś chciał. Ja nie jestem w stanie w tej chwili wygenerować wolnego dnia czy dwóch na wyjazd, w tym roku zaliczyłem tylko jeden ligowy mecz u siebie (Zawisza) i tylko dlatego, że byłem po dwóch nockach i przesiedziałem czas do meczu we Wrocławiu, zresztą kosztem dnia z rodziną. Czy dlatego mam być wykluczony z jazdy do Lubina? Veto. Lubin to bliski wyjazd, dzięki temu mogę część dnia spędzić z rodziną, a część na meczu. Jeśli jednak redakcja każe mi odgórnie wybierać, to zawsze wybiorę rodzinę. W tym przypadku Śląsk nie jest najważniejszy.
Puszczając ten komentarz wiedziałem, że wiele osób da mu „zieloną łapkę”. Zagrają miękkie serducha, bo całość napisana jest w tonie „na litość”. Tymczasem nasz Czytelnik w ostatnim zdaniu sam się określił. Z całym szacunkiem, ale stwierdzenie „w tym przypadku Śląsk nie jest najważniejszy” jasno ukazuje Twój stosunek do kibicowania jako lajtowy. I sam chyba przyznasz, że na imprezę, na którą wybierają się wszyscy, w przypadku braku wolnych miejsc należy przede wszystkim wpuścić takich gości, którzy są zawsze. Chociaż zaliczenie wyjazdu do Krakowa nie jest tym „zawsze”, to jednak jakimś elementem weryfikacji jest na pewno.
Nie ma tamy przed piknikami
Tak dla jasności intencji: nie jestem przeciwko osobom mniej udzielającym się. Też jesteście potrzebni, też stanowicie o sile Śląska. Natomiast jestem za maksymalnym mobilizowaniem. Jeśli choć kilkadziesiąt osób pojedzie do Krakowa głównie po to, by sobie zaklepać inny wyjazd, to sens całego przedsięwzięcia zostanie osiągnięty.
Pomysł „Lubin za Kraków” nie jest mój i nie ja będę go wcielał w życie. Ale w pełni go popieram. I jestem niezmiernie ciekawy, jak bardzo jest w stanie poprawić naszą frekwencję wyjazdową, która w sposób widoczny kuleje.
Roman Zieliński, fot. astronomia.pl
</section>